Wędrówka po ziemi świętokrzyzkiej

wpis w: Prasa | 0

Źródło: „Tygodnik Illustrowany” 1882, t. 14, nr 348 – 355.

 

WSTĘP

Trudne jest zadanie podróżnika, który znanemi ogółowi szlakami wędruje i z tej wędrówki pragnie podzielić się wrażeniami swemi z czytelnikiem − tembardziej trudne, gdy miejscowość wielokrotnie w różny sposób była opisywaną. Bądź co bądź, nie wezmą mi za złe czytelnicy, jeżeli choć pobieżnie opowiem o małym zakątku, jednym z najpiękniejszych kraju naszego, i historycznych jego pamiątkach, które choć może znane są czytelnikom, sądzę jednak że dla odświeżenia ich w pamięci potrącić mogę śmiało o ten tak miły dla każdego z nas przedmiot. Nie chcąc w ciągu onej opowieści nużyć czytelnika odsyłaczami i cytatami, oświadczam żem do tej pracy czerpał z „Wycieczki archeologicznej F. M. Sobieszczańskiego,” z obszernej pracy „O klasztorze świętokrzyzkim ks. J. Gackiego”, z „Pierwotnych dziejów J. Bartoszewicza” i z różnych broszurek; wkońcu z erekcyj kościołów, z podań na miejscu słyszanych, z pomników i malowideł. Okruszyny te zebrałem i związałem, o ile sił mi starczyło, w jednę całość, sądząc że tym sposobem lepiej poznamy kraj nasz rodzinny, który, choć wstyd się przyznać, bardziej nam jest obcy od stron dalekich.

Przedewszystkiem muszę zapoznać czytelnika z ogólną fizyognomią okolicy, z tym niewielkim szmatem ziemi, rozłożonym u stóp łańcucha gór świętotokrzyzkich, od których bierze swe nazwisko. Przestrzeń to niewielka, bo łańcuch gór nie ciągnie się dłużej nad trzy mile. Początek łańcucha tych gór stanowi Łysica, inaczej góra Św. Katarzyny, biorąca nazwisko od położonego u jej stóp klasztoru panien bernardynek. Podług wymiaru

Łabęckiego, góra ta jest najwyższą w królestwie, a wyniesiona nad poziom morza Bałtyckiego na 1908 stóp. Dalej idzie góra Łysa albo Łysieć, na wierzchołku której zawieszony w obłokach klasztor po-benedyktyński panuje całej okolicy, a widać go także i o mil kilkanaście. Po tych idą mniejsze góry, jak Jeleniowska, Witosławska z drewnianą kapliczką, Królewska i Książęca. Tu łańcuch gór się kończy − kończy się ziemia świętokrzyzka, a zaczyna opatowska.

Podgórze w całej swej rozciągłości stanowi pas ziemi urodzajnej, pomarszczonej jak lice zgrzybiałego starca, z ogromnemi wklęsłościami i wypukłościami, poszarpanej w dziwny zygzakowaty sposób, a na której potop, lub jakiś straszny kataklizm natury położył swe niszczące piętno. Wśród tych malowniczych parowów gdzieniegdzie czernią się małe kępy lasu lub krzaków; to znów w pewnych odstępach przez całą długość okolicy z zachodu na wschód idą szerokie kotliny, podobne do łożysk dawno wyschniętych olbrzymich rzek, środkiem których miejscami sączy się wąziuchny strumyczek. Dalej góry w falujący sposób się spłaszczają, a kąpiąc swe ostatnie brzegi w nurtach rzeki Kamionny, tracą nazwisko świętokrzyzkich. Oto ogólna fizyonomia okolicy; ze szczegółami w dalszym ciągu postaram się zaznajomić czytelników.

Strony te znane jeszcze były w dobie przedhistorycznej naszego kraju. Widocznie dla górzystego swego położenia, dla gęstych i dziewiczych lasów, które prawie do naszych czasów dotrwały, praojcowie nasi poganie zbierali się tu na tak zwane wiece i starszyzna radziła zapewne nad losem młodszej swej braci. Tu decydowali o wojnie i obronie, a w końcu mieli tu i swoję świątynię. Mamy na to podania czeskie, mamy wspomnienia w różnych kronikach, tak naszych jak obcych; zresztą ślad tego odnaleźć jeszcze można w podaniach miejscowych i wielu przechowanych dotąd między ludem tutejszym obrządkach i zwyczajach.

ŁYSA GÓRA

Na najwyższej górze istniała świątynia pogańska trzech bałwanów: Lady, Boda i Leli, w której uroczystoście odprawiano modły w dniu 1 maja. Mimo to że bałwochwalstwo wszechpotężnie panowało nad okolicą, prawdopodobnie jednak pierwsze ziarno wiary Chrystusa musiało być tu rzucone o wiele wcześniej przed wprowadzeniem chrześciaństwa przez Mieczysława. Okolica ta należała do Chrobacyi, więc apostołowie tej ziemi, Cyryl i Metodyusz, zajrzeć musieli i w świętokrzyzkie strony.

Okolica z dawien dawna, jak widzimy, była punktem, do którego lud się gromadził, a stała się dlań jeszcze droższą, gdy z wprowadzeniem wiary chrześciańskiej na gruzach dawnej pogańskiej świątyni Bolesław Wielki, syn Mieczysława, odebrawszy w darze od królewicza węgierskiego Emeryka cząstkę drzewa krzyża ś-go, wystawił klasztor i sprowadził doń benedyktynów z Kluniaku, między rokiem 1000 −1007. O założeniu klasztoru tego wspominają kronikarze: Długosz, Dytmar, Daniłowicz i wielu innych, lubo nowe badania rozjaśniają rzecz tę inaczej, o czem powiem we właściwem miejscu.

Choć może jeszcze nieraz pogaństwo brało górę nad krzyżem, ale zakonnicy reguły ś-go Benedykta coraz więcej krzewili wiarę, byli zatem prawdziwymi pionierami wśród ciemnego pogańskiego ludu; oni go uczyli gospodarstwa, zakładali piękne owocowe ogrody − słowem przynieśli z sobą dobrobyt mieszkańcom, a i sami obdarowywani przez panujących i magnatów, urośli prędko w znakomite mienie.

To też chciwe łupieztw oczy siąsiadów już w pierwszej połowie XIII wieku zaczęły tu zaglądać, a w r. 1241 błogi i cichy spokój mieszkańców świętokrzyzkich budzi szczęk oręża. Łuna pożaru palącego się Kunowa przeraża okolicę, która pierwszy raz, niezaprawiona jeszcze do bojów, ma uledz przemocy najezdników. Konrad Mazowiecki, stryj Bolesława V, spaliwszy 1 złupiwszy Kunów, rabuje okoliczne wioski. Jednocześnie dzicz azyatycka zalewa cala Słowiańszczyznę. Mongolskie plemię, jak ognista lawina, szerokiem korytem wdziera się do Europy. Ruś lat już kilkanaście w strasznych cierpi męczarniach, nie widząc dla siebie żadnego ratunku.

Ośmielona dzicz posuwa dalej swe krwawe zagony; Polska jednak staje przed mieczem i piersiami swemi osłania całą Europę. Lignica tego dowodem. Tu był ostatni kres ich spustoszeń, tu nasi zwarli się w otwartym boju z pohańcami, pobili ich i odparli do Węgier. Zwycięztwo to własną krwią okupił książę wrocławski Henryk pobożny, syn Henryka Brodatego, a działo się to także r. 1241. Mimo tak wielkiego pogromu pod Lignicą, Mongoły próbują później straty powetować i długo jeszcze bardzo niepokoją kraj nasz; ciążenie ich jednak było największe na okolicę przez nas opisywaną, bo jak Długosz utrzymuje, drogą od Iłży i około rzeki Kamionny w XIII wieku hordy najwięcej ciągnęły i drogę tę nazwano nawet drogą Batego. Jeden oddział, pod dowództwem Teleboga i Nogaja, w r. 1210 otoczył klasztor świętokrzyzki, a wszyscy benedyktyni i mieszkańcy, którzy szukali tu schronienia, wyrżnięci zostali. Złupiony klasztor i kościół stały się wtedy pastwą płomieni.

Nowi zakonnicy przybyli, aby tamtych zastąpić. Kościół i klasztor odbudowano; mieszkańcy − a była ich garstka, którzy zdołali się ukryć − powracali z lasów i kryjówek; zresztą Bolesław Wstydliwy tłumami sprowadzał Niemców, zaludniając nimi miasteczka, a ci przynosili z sobą nowe zwyczaje i prawa. Wkrótce, jak to bywa zwykle na świecie, zapomniano potroszcz o klęskach i z zapałem wzięto się do pracy. Okolica roić się zaczęła ludem, który nie mogąc pomieścić się na dawnej ziemi, karczować zaczął lasy. Cicho było i spokojnie lat przeszło sto. Czas to stosunkowo długi i wiele zrobić było można, zwłaszcza gdy królowie i magnaci starali się wrócić dawną świetność klasztorowi, darząc zakonników nowemi bogactwami − wraz z zamożnością zaś klasztoru, wzrastał i dobrobyt okolicznych mieszkańców.

Ale wieść o bogactwie klasztoru ściąga znowu chciwą łupu Litwę, która spustoszywszy sandomierską ziemię i wracając ze zdobyczą z pod Wiślicy pod dowództwem Lubarta i Kiejstuta, najeżdża klasztor, łupi go i pustoszy. Działo się to w r. 1370, zaraz po śmierci króla Kaźmirza Wielkiego.

I znowu spokojnie w tej ustronnej i przez same naturę zabezpieczonej parowami, lasami i górami okolicy; aż dopiero za panowania Aleksandra Jagiellończyka w r. 1502, krymscy Tatarzy napadają na Kunów, łupią i palą go do szczętu. Spalony także wtedy został i dworzec biskupów krakowskich. Kroniki, fakt ten notujące, nie wspominają, aby okolica także ucierpiała od tatarskiej dziczy nie można jednak przypuścić, aby ta na Kunowie skończyła.

Gdy na tronie polskim zasiadł król Jan Kaźmirz, kraj kłonić się już zaczął do upadku. W roku 1655 straszny wróg północy, pod wodzą Karola Gustawa, zalewa go cały. Jedna wielka zaświeciła łuna, miasta, wsie i zamki w płomieniach, kościoły i klasztory w gruzach. Szczęk broni z szybkością błyskawicy zbliża się i w świętokrzyską okolicę, a mieszkańcy przerażeni uciekają, zostawiając cały dobytek i mienie na pastwę wroga. Oddział jeden pod dowództwem pułkownika szwedzkiego Pawła Wirtza plądruje okolicę, napada na klasztor o. o. benedyktynów na Łysej górze, łupi go, zabiera bogactwa, a zakonnicy, broniąc swych skarbów, śmiałość tę opłacają życiem.

Przeszło pół wieku, gdy znowu straszna zawierucha skandynawska rozlała się po biednym, niewygojonym jeszcze z ran kraju. Karol XII, ów bohater chciwy sławy, w r. 1704 napada Polskę. Świętokrzyzkie nie mogło także ocaleć od ogólnej burzy, która zawisła długo i nad tą okolicą. Generał Mejdel z kawaleryą otacza klasztor świętokrzyzki, nie mogąc jednak odszukać skarbów ukrytych, przyzywa na pomoc generała Relinschiölda, który przybywa z kilkuset końmi i grozi zakonnikom, że klasztor i kościół spali, jeżeli nic wydadzą skarbów. Pogróżki te jednak nie pomogły. Wtedy Szwedzi odstąpili od klasztoru, zabierając z sobą trzech zakonników, i tych przez kilka tygodni trzymali o głodzie w obozie.

Czy tutaj koniec krwawym dramatom?… Nie!.. Świętokrzyzkie jeszcze nieraz spłacało dań z mienia, łez i krwi swych synów. Nie chcę tą smętną i bolesną nutą drażnić nerwów czytelnika; opowiedziawszy wiec pobieżnie niektóre historyczne epizody okolicy, którą mam zamiar zwiedzieć i opisać, przyzywam myśli swe do porządku i puszczam się w systematyczną pielgrzymkę.

I.

KRAJNO

Proszę zatem czytelnika z sobą na wózek krakowski, zaprzężony w dwa rącze koniki i z dziarskim Krakowiakiem na koźle. Wyjeżdżamy z Kielc. Po dwugodzinnej podróży po piasku i kamieniach, zostawiwszy za sobą folwark Krajno, który dawniej należał do klucza dóbr rządowych i gdzie hodowane były wysokiego gatunku owce, koniki nasze drapią się pod kraińską górę i w kilkanaście minut przebywamy nareszcie na sam brzeg łańcucha gór świętokrzyzkich. Wózek z góry szybko się potoczył i wjechaliśmy w gęsty las jodłowy, podskakując co chwila na siedzeniu, bo tyle kamieni na drodze, że przypomniał nam się krakowiak: „kamień na kamieniu” itd.

ŚWIĘTA KATARZYNA

archiwalne-9 Las prędko się kończy i zatrzymujemy się przód klasztorem Św. Katarzyny. Klasztor i kościół pod wzglądem architektonicznym nie może zachwycić oka, położenie jednak i miejscowość zasługują na miłe o nim wspomnienie. Klasztor postawiony jest u samych stóp jednej z najwyższych gór w królestwie, a góra cala pokryta wiekowemi niebotycznemi jodłami i bukami. Na prawo i lewo także las; z jednej tylko strony północnej wspaniała i daleka perspektywa. Widać jak na dłoni większe i niniejsze pagórki, pokryte gęsto rosnącym jałowcem, to w dolinach długim szmatem ciągnące się łąki, a dalej wioski: Wilków, Leszczyny, Psary − to znowu białe domki, ustawione w szeregach dużej osady Wzdół, a dalej jeszcze widnieją wyniosłe wieżyce kościoła tejże osady.

Wchodzimy do malutkiego, ale nadzwyczaj czysto i schludnie utrzymanego kościołka; widać w nim na każdem miejscu staranną rękę kobiecą. Podług Łętowskiego, pustelnię na Łysicy założył naprzód Wacław Polak, w miejscu której biskup krakowski Jan Rzeszowski w roku 1578 wystawił klasztor z kościołem i oddał go o. o. bernardynom.

Ks. Gacki, w historyi swej o klasztorze świętokrzyzkim, wyliczając opatów benedyktyńskich i ich zasługi, wspomina że klasztor i kościół Św. Katarzyny wybudować kazał opat Maciej z Pyzdr i w r. 1491 o.o. bernardynom odstąpił. Wiadomość ta zdaje się prawdziwa, bo ks. Gacki czerpał ze źródeł zostawionych przez opatów.

W roku 1815 przeniesione tu zostały z Drzewicy, tej samej reguły zakonnice. W r. 1847 klasztor, kościół, biblioteka i wszystkie pamiątki stały się pastwą płomieni. W kościołku też nie ma nic ciekawego do obejrzenia; jest kilka marmurowych nagrobków, ale napisy na nich prawie nieczytelne, wszystkie od ognia popękały.

Wprost wielkiego ołtarza są groby dawnych dobrodziejów kościoła, dziś puste, a nawet kości osób tu pochowanych zebrano i w jednym dole pogrzebano. Wchodząc do kościołka po lewej stronie umieszczony jest w ścianie wspaniały i duży pomnik marmurowy, zniszczony także przez ogień, więcej jednak czytelny. Pomnik zdaje się jest dziełem końca XV lub początku XVI wieku. Udołu umieszczona jest w płaskorzeźbie w zakonnym stroju z paciorkami w ręku kobieta, u spodu napis po polsku:

„Nagrobek Katarzinie Broniewskiej z Pokrzywnicy małżonce”… i t. d.

U góry leży rycerz w całej zbroi, trzymając w ręku rodzaj buławy, w nogach oparty jest hełm i szyszak, a nad tem napis łaciński:

„Epitaphium Generoso Christoplioro Broniewski de Broniowicze”… i t. d.

Pomnik zakończony jest herbem: na czystem polu krzyż, a u dołu po prawej stronie krzyża półksiężyc. Jest to herb Tarnowa, napis zaś objaśnia, że nieboszczyk był dobrodziejem klasztoru i umarł z epidemicznej choroby; niema jednak żadnej daty na pomniku.

W „Historycznych pamiętnikach” T. Świecki wspomina o rodzinie Broniewskich, tego samego co i nasz herbu i z Broniowic; nigdzie jednak nie znaleźliśmy imienia Krzysztofa. Broniowice, jest to mała wioseczka pod Waśniowem, własność prywatna; włościanie jednak powiadają że słyszeli od ojców, iż miał tu niegdyś stać piękny dworzec.

Podanie o Katarzynie Broniewskiej słyszałem z ust p. Grabowskiej, która je spisane i przechowywane w bibliotece przed pożarem sama czytała.

Dziedzice Pokrzywnicy jechali do Kielc drogą na górę Łysicę, z maleńką swą jedyną córeczką Kasią, którą trzymała na ręku mamka. Jadąc po kamieniach i wybojach, kolasa raptem mocno się przychyliła; mamka, sądząc że się wywraca, wyskoczyła z dzieckiem, które upadło na kamienie. Rodzice z krzykiem i płaczem porywają martwą dziecinę, biegną do klasztoru, gdyż kościół dopiero był na wykończeniu, padają na kolana i z płaczem składają krwią oblane ciałko na stopniach ołtarza, czyniąc votum, że jeżeli Bóg wskrzesi Kasię, to oni przyrzekają że do śmierci żyć będzie w dziewictwie, a oprócz tego swym kosztem prowadzić obiecują dalej budowę klasztoru. W chwili gdy kapłan w czasie podniesienia podnosił Najświętszy Sakrament, Kasia głośno zapłakała, przyszła do przytomności i powróciła do życia i zdrowia.

Dziecina rosła i wyrosła na cudną 16toletnią dziewicę. W tym właśnie czasie jeden z królów polskich, podobno Władysław VI, przybył z dworem do Ś-go Krzyża. W orszaku królewskim był Krzysztof Broniewski, mąż wielkich zasług w wojennem rzemiośle, poznał Kasię i pokochał. Następstwem miłości była prośba jego o rękę panny. Rodzice, po długiem wahaniu się, przystać byli zmuszeni, tembardziej że i król poparł prośby ulubionego swego dworzanina, czy też towarzysza broni. Lecz jeszcze państwo młodzi nie odeszli od ołtarza, gdy trąby wojenne powołały nowożeńca na pole walki.

Kasia pozostała już w klasztorze, wybudowała tu sobie domek i oblekła habit zakonny, wyczekując swego oblubieńca. Niedługo też czekała, bo wkrótce chorego i strasznie porąbanego przywieźli go do klasztoru, gdzie na rękach ukochanej wyzionął ducha. Pochowała go w grobie umyślnie na ten cel wybudowanym, na prost wielkiego ołtarza, i wystawiła mu pomnik.

Jak długo żyła Kasia, niewiadomo, ale odtąd już nie opuściła habitu i domku, cały majątek zaś swój i męża obróciła na ozdobę klasztoru i kościoła, oraz na miłosierne uczynki. Ciągle zjawiała się jak anioł opiekuńczy tam, gdzie była potrzebną, w biednych lepiankach. To też lud czcił ją i kochał i dziś jeszcze różne o niej legendy rozpowiada. Tu umarła, obok męża złożona, i odtąd podobno kościołowi i klasztorowi nadano nazwę Ś-ej Katarzyny.

W klasztorze tutejszym dawniej był nowicyat; miały tu przytułek biedne dziewczęta-sieroty, ucząc się od zakonnic różnych robót, i ztąd wychodziły często za mąż, lub na dobre, uczciwe i pracowite gospodynie. Obecnie jest tylko dziesięć zakonnic, a wszystkie prawie w podeszłym wieku, trudnią się drobnemi robótkami; zresztą okoliczny lud wiejski znajduje tu radę i pomoc lekarską, bo materyalnej dać nic mogą, będąc same biedne. Najmłodsza z nich, panna Dobrzańska, jest przełożoną czyli panną matką i z zadziwiającą energią zarządza całym klasztorem. Mają przy klasztorze ogród z wybornemi owocowemi drzewami i pięknie utrzymany. Za klasztorem wybudowany jest wygodny domek, w którym mieszka kapelan klasztoru.

Nie mając nic już ciekawego do obejrzenia i zanotowania, po dwugodzinnym odpoczynku, pożegnawszy gościnne mieszkanki cichego klasztoru − iście pustelni wśród gór i lasów – wyszliśmy na drogę. Wózek z końmi wyprawiliśmy naprzód na Bodzentyn do Słupi, sami zaś, uzbrojeni w grube okute kije, puszczamy się pieszo w dalszą wędrówkę, trzymając się podstawy łańcucha gór świętokrzyzkich.

II.

DROGA ZE ŚWIĘTEJ KATARZYNY – WOLA SZCZYGIEŁKOWA – DĘBNO

Droga nadzwyczaj uciążliwa. Po prawej stronie mamy ciągle ścianę górzystą, pokrytą wiekowemi jodłami i bukami, po lewej las sosnowy i dębowy, rozłożony w nizinie. Środkiem ciągną się łąki leśne, z sączącym się strumykiem, zasilanym wodą ciekącą wąziuchnemi sznurkami z różnych małych źródlisk, znajdujących się na górze. Na prawo nad nami ponuro, cicho, spokojnie; nawet świergot ptactwa nie miesza twych myśli. Marzyćby można do nieskończoności, gdyby nie ruch i hałas w lesie z drugiej strony. Tu leśni śpiewacy idą w zawody i jeden drugiego pragnie przekrzyczeć; wokoło nas cichy, smętny brzęk różnorodnych owadów, a konik polny trzyma prym w tej skrzydlatej rzeszy. Wtem rozgniewane żaby, wystawiwszy z błota wielkie swe głowy, basowym rechotem odezwą się naprzód jedna, za nią druga i trzecia. I znowu cicho… Słychać tylko to ryk daleki pasącego się bydła, to miły choć nieuczony głos fujarek pastuszków, to klekot żerujących bocianów − słowem wygrywa cala leśna orkiestra, w którą wsłuchawszy się, można odróżnić każdy rodzaj muzycznego instrumentu. W chwilach takich musieli tworzyć nieśmiertelne swoje arcydzieła Mozarty i Beethoveny… To też idziemy wolno, ostrożnie, pocichu, bojąc się spłoszyć tych leśnych grajków.

Po mozolnej pielgrzymce, zmęczeni wychodzimy na pole. Kawał ziemi klinem wsunął się miedzy góry i lasy − jest tu duża osada Szczygiełkowa-Wola, z dwoma rzędami ustawionych chałup. Dalej pod samą górą widać kościołek ubożuchny, a obok zabudowania folwarku Dębno. Kościołek i wioska niczem nie zasługują na wspomnienie, tem tylko chyba, że od niej wziął początek i nazwisko herb „Dębno.”

W pierwszej zaraz chacie w Woli znaleźliśmy gościnne przyjęcie i posiłek. A że uderzył nasze uwagę szeroki pas wyciętego lasu na górze świętokrzyzkiej, który prawdziwą tam zrobił łysinę, zapytaliśmy gadatliwego gospodarza, do kogo las należy i kto go wyrąbał. Objaśnił nas w ten sposób: las prawie na całej górze, tak z północnej, jak i z południowej strony, należy do rządu i porębami bywa sprzedawany. Amatorów jednak na kupno drzewa tu nic było; aż lat temu parę zjawił się odważny przemysłowiec i kilka od razu zaległych poręb zakupił. Drzewo było grube i gęste, przecięciowo na jednej mordze mogło być 100 sążni polskiej miary, a za taką morgę kupujący zapłacił po rs. 11; zdawało się zatem, że olbrzymi zrobi interes. Ale rzecz miała się zupełnie przeciwnie. Drzewo nadzwyczaj trudne było do wyrąbania i grubszą sztukę musiało dwóch ludzi dzień cały rąbać, żeby tylko powalić ją na ziemię, a powaloną ciężko było połupać − dosyć że nabywca uprzątnąć sążni w trzyletnim terminie nie zdążył i zostawił przeszło 600, które do dnia dzisiejszego gniją w lesie. I dziś

jeszcze w tem miejscu drzewo nie ma wartości.

Mówiąc o lesie, zapytaliśmy czy jest i jaka zwierzyna? „Na podgórzu − odrzekł wieśniak − są zające i czasem bywa ich dosyć, trafiają się i lisy; ale na samej górze nawet ptaka nic spotka. Czasem sowa przybiegnie i dziki przywędrują, jak obrodzi buczyna.” Włościanie tutejsi w czasie obfitego urodzaju po kilka korcy zbierają buczyny, którą wybornie tuczy się trzoda chlewna.

Pod samą górą ziemia nie bardzo urodzajna, sapowata; to też mniejszą tu widać między ludem

zamożność. Każdy prawie włościanin trudni się wyrabianiem gontów; przemysł ten jednak nie tylko że ich nie zbogaca, ale owszem, bywa przyczyną ruiny. Lasu swego nie mają, defraudują wiec w rządowym, za co płacą potem ogromne kary, a często i cele mienie tracą.

Pożegnawszy wielomównego kmiotka, ruszyliśmy w dalszą drogę. Tu panorama się zmienia. Z prawej strony wprawdzie zawsze mamy łańcuch gór, z lewej pola i pola; lecz cale podgórze cudnie, malowniczo się przedstawia. Od Dębna do samej Słupi rozrzucone folwarki i długie jak szereg żołnierzy, krzyżujące się z sobą rzędy kolonij. Naprzód Jeziorka, a dalej w prostej linii Baszowice. Zdała na lewo na drugim planie bieleją domki z ładnemi owocowemi ogródkami Dąbrowy, Grabkowa, Krajkowa i Łomna, a za niemi czerni się niewielka kępa lasu. Za tło do pięknego tego krajobrazu służą falujące góry, pokryte zieleniejącem się zbożem, obsianem na poletkach niewielkich, a rozrzuconych w zygzakowaty sposób; to znów poszarpane wąwozami i parowami, w których leszczyna, głóg, kalina i inne krzewy bujnie rosną. Idziemy i co krok odkrywamy coraz to piękniejsze widoki. O zmroku i przy świetle srebrno bladawych promieni ukazującego się poważnie księżyca, dobiliśmy do ostatnich chałup w Baszowicach, oddalonych od Św. Katarzyny blizko o dwie mile, a położonych u samych stóp góry, na której majestatycznie bieleją zdaleka mury klasztoru i kościoła Świętokrzyzkiego.

W chacie włościańskiej dostaliśmy wygodny nocleg, bo na świeżem i wonnem sianie. Poradzono nam, aby dodnia wyruszyć na górę, bo dzień będzie gorący, a droga przykra. Usłuchaliśmy rady i zerwaliśmy się, gdy było jeszcze ciemno.

KLASZTOR ŚWIĘTOKRZYSKI

archiwalne-4Dopiero pierwsze brzaski budzić zaczęły naturę z uśpienia, gdy ścieżką wydeptaną przez górę puściliśmy sic z Baszowie do klasztoru. Cicho, głucho w całem przestworzu, a stąpasz wolno, w obawie aby nie przebudzić nawet trawki i kwiatka, które zdaje się że smacznie zasypiają w puchowej pościeli. Przecudny tylko koncert cichy, melodyjny niestrudzonych słowików i w górze gdzieś bardzo daleko w obłokach śpiew rannych skowronków przyzywa do apelu skrzydlatą orkiestrę, aby hymn poranny Stwórcy złożyła. Byliśmy już na połowie drogi, a jeszcze szara opona okrywała okolicę; nad nami jednak coraz więcej widnieć zaczynało. Pierwsze promienie skrytego gdzieś daleko słońca, blade jeszcze, mienić się zaczęły w światlejsze i gwałtem wysuwając sic na wschodnim firmamencie, utworzyły rodzaj cudnego ze złota i brylantów dyademu nad ziemią.

Doszliśmy prawie do wierzchołka góry, gdy wtem zastąpiły nam drogę olbrzymie jakieś ruiny; kupy kamieni trzema systematycznie ułożonemi pasami otaczają z tej strony klasztor, podobnie wielkim losom fortecznym. Trudno sobie wyobrazić, aby w jednem miejscu taka moc ich była. Kamienie i olbrzymie głazy różnego gatunku. Rzeczywiście chce się wierzyć, że tu stać musiały gmachy jakichś olbrzymów i siłą nadprzyrodzoną zostały strącone. Obejrzeliśmy się wokoło: świetlano-purpurowa złota tarcza słoneczna wychylać zaczęła swój rąbek, który szybko zwiększać się począł na firmamecie, oświecając górę, klasztor i nas stojących w zachwycie, zdumionych i zadumanych. Nic piękniejszego nie można wymarzyć. Na górze jasno, świetlano, u dołu zaś cała okolica jak przysłonięta gęstą gazą. Przedmioty stają się coraz wyraźniejsze, folwarki, wsie i kościoły rysować się już zaczynają, gdy wtem tarcza słoneczna w całym majestacie przedarła się przez góry i lasy, oświeciła widnokrąg rzuciła ożywcze, cieple, dobroczynne promienie na zziębniętą chłodem czerwcowej nocy

ziemie, która jak wstydliwa dziewica szybko zrzucać zaczęła nocną bieluchną z mgły i pary koszulkę, aby przyoblec się w suche i wspaniałe szaty. Długo jednak jeszcze brylantowe krople rosy, migocąc wszystkiemi barwami tęczy, okrywały dokoła nas mchy, trawki, kwiatki i drzewa.

Ożywieni ciepłem słonecznem, co krok poślizgając się po wilgotnych kamieniach, dostaliśmy się przez krzaki na polankę długą i szeroką, aż o staj klasztor i kościół w całym majestacie przedstawił się naszym oczom.

Trafiliśmy na ranne nabożeństwo, skromne i ciche, bo w całym gmachu jest jeden tylko ksiądz, organista i posługacz. Zawiadującym kościołem obecnie jest młody ks. Kiephas. Obejrzeliśmy kościół wytwornej architektury i walący gmach klasztorny, a smutne wrażenie, jakie budzi zawsze każda ruina, powiało na nas i nastroiło myśli na smętną nutę. W szczegółowy opis klasztoru wdawać się nie będę, gdyż ten z różnych opisów dobrze jest znany czytelnikom; dla zaokrąglenia jednak opowieści rzucę ogólny rys jego historyczny.

Na gruzach świątyni pogańskiej, podług kroniki Bogufała biskupa poznańskiego, klasztor i kościół wystawiony został w chwili, gdy Bolesław Krzywousty, pod koniec swego panowania dręczony wyrzutami sumienia, zmieniwszy rolę bohatera na pokutnika, w całym kraju fundował kościoły. Miał on wtedy wystawić i na górze Łysieć klasztor i sprowadzić o. o. benedyktynów. Rzeczywiście też historya tutejszego klasztoru i okolicy jasno występuje dopiero w XIII wieku.

W dziesięć lat po zniszczeniu klasztoru przez Mongołów, Bolesław V Wstydliwy obdarza benedyktynów przywilejami. Władysław Łokietek w r. 1308 nowemi obsypał go dobrodziejstwami. Kaźmirz Wielki nie szczędził mu także łask swoich; to też nic dziwnego, że klasztor jaśniał coraz większym blaskiem.

Żaden jednak z królów nic był większym dobrodziejem i żaden ani przedtem ani potem nie odwiedzał tak często klasztoru, jak król Władysław Jagiełło. Jeszcze jako poganin i wielki książę litewski, jadąc do Krakowa po chrzest i koronę w r. 1380, Władysław Jagiełło wstąpił tu, aby zobaczyć drzewo krzyża św. Drugi raz, już jako król polski, przed bitwą pod Grunwaldem w r. 1410 dni kilka gościł w klasztorze i korne składał tu modły. W roku 1414, po odstąpieniu od oblężenia Brodnicy, wracając do Sandomierza, nie omija klasztoru. W roku 1410 zajrzał, tu śpiesząc do Krakowa z Jedlni, do łoża umierającej swój żony Anny, i znowu w r. 1419, po zapowiedzianej wyprawie na Krzyżaków. W latach 1422 i 1432 zwiedził także Władysław Jagiełło klasztor i za każdą razą długi czas przepędzał na modlitwie u drzewa krzyża św. Zapewne i łowy, w okolicy tak licznej a przepełnionej zwierzyną, ściągały tu króla; to też gwarno i wesoło być musiało w całej okolicy, gdy król przybywał z całym dworem.

Za śladem Władysława szli i następcy jego. Kaźmirz IV w roku 1448 i 54 korne składał tu

modły u drzewa krzyża św. i błagał Boga o pomoc, gdy miał sic udać na wojnę, dla wytępienia hardego i dumnego zakonu Teutonów.

Jan Albert w roku 1404 gości czas pewien w klasztorze i potwierdza wszystkie przywileje swych poprzedników. Niesympatyczna Włoszka Bona, żona Zygmunta Starego, ozdobiła drzewo krzyża św., choć niewiadomo czy osobiście odwiedzała klasztor.

Zygmunt III, po smutnej walce domowej, wskutek podniesionego rokoszu przez szlachtę przeciw królowi, pod przewodnictwem Zebrzydowskiego wojewody krakowskiego, w której król odniósł r. 1007 pod Guzowem zwycięztwo, przybywa do klasztoru, aby u drzewa krzyża św. złożyć korne dziękczynne modły. Przysłał tu także syna swego, późniejszego króla Władysława IV, który przywiózł krucyfiks, dar i dzieło ręki ojca swojego, wiemy bowiem że Zygmunt III znakomitym był artystą.

W roku 1661 król Jan Kaźmirz z żoną swą Maryą Ludwiką, na lat parę przed abdykacyą, odwiedził drzewo krzyża św. Michał Korybut prawie cala swą młodość tu na górze przepędził, a prawdopodobnie w chwili elekcyi modlił się u drzewa krzyża św., przewidując nieszczęśliwe swe panowanie, które dać mu miało koronę, ale cierniową. Podług J. Bartoszewicza, w chwili gdy pod Wolą obwołany został królem polskim, krył się on istotnie w województwie sandomierskiem.

Czy następni królowie Zwiedzali klasztor świętokrzyzki, milczą o tem kronikarze. Jan Sobieski, zajęty ciągle osobistemi sprawami i uganianiem się za Turkiem, mimo że był bardzo pobożnym, nie miał zapewne na to czasu. Królowie znowu z domu saskiego, z urodzenia inowiercy, wprowadziwszy z sobą do kraju zepsucie obyczajów, samolubstwo, przedajność, a co za tem idzie skażenie wiary − nic dbali o kościoły i klasztory. Za przykładem królów poszli magnaci, choć przedtem kroniki klasztoru zapisały niejedno imię dygnitarza i potentata, postawionego na najwyższym szczeblu hierarchii społecznej, jako dobrodzieja o. o. benedyktynów.

Od XV wieku klęski nawiedzać zaczęły klasztor, bo w r. 1447 i 59 zgorzał z zabudowaniami.

W kilkaset lat drugi pożar dnia 20 października r. 1777 obrócił w ruinę kościół, klasztor, wszystkie zabytki historyczne, piękny księgozbiór złożony z kilkunastu tysięcy tomów i mienie bogatych opatów.

Z pozostałych murów, zakonnicy z przeorem Fulgentym Strojnowskim, w roku 1784, poczęli z gruntu nowy kościół budować. Architektorem był Dominik Puck i on to teraźniejszy kościół wystawił, choć po śmierci jego przy wykończaniu kierował budową Józef Janowicz. Za rządów dopiero jednak ostatniego opata, Józefa Jana Nepomucena Niegolewskiego i za jego sprawą, świątynia w r. 1806 została ukończoną. Tenże sam opat z drzewa rozebranego kościołka modrzewiowego w Słupi wystawił wspaniale i kosztowne organy.

Z pożaru wczęści uratowano drogocenną bibliotekę, którą benedyktyni poruczyli uporządkować jednemu ze swego zgromadzenia, Francuzowi ks. Gerard Lefebure de Lassus, który nadzwyczaj szybko czynność tę ukończył, gdyż wszystkie dzieła i notaty pisane po polsku, nie znając naszego języka i uważając go za barbarzyński, spalił.

Gdy w r. 1811 nastała supresya klasztorów, rozpuszczono zakonników, a relikwie drzewa krzyża św. przeniesiono do parafialnego kościoła w Słupi.

Dopiero w r. 1821, za wstawieniem się biskupa sandomierskiego ks. Adama Prospera Burzyńskiego, pozwolono mieszkać w klasztorze trzem benedyktynom, sprowadzono nazad relikwie ze Słupi i zakonnicy odprawiać mogli służbę Bożą.

W roku 1849 wydano w Petersburgu ukaz, mocą którego klasztor odrestaurowano i przeznaczono na dom poprawy dla księży, a ci do 1863 r. tu przybywali. Klasztor ma podobno odrestaurować teraz rząd i przeznaczyć go na więzienie1.

Wnętrze kościoła widne, jasne, posadzka piękna, z białego i czarnego marmuru, ściany malowane alfresco i rozstawione ołtarze, w których umieszczone są obrazy mistrza Smuglewicza, szkoda jednak wielka że w skutek wilgoci coraz więcej podpadają zniszczeniu, choć odnawiane nawet były przez Polkowskiego, Murzynowskiego i Bienickiego.

Z kościoła, przez zakrystyą w której umieszczone są szafy z rzadką i delikatną rzeźbą, weszliśmy do kaplicy oddać cześć należną drzewu krzyża św. Cała, jak i kościół, malowana alfresco, z kopulą oszkloną i małemi organami; ołtarz jeden z czarnego hebanu. Kaplica fundowana w r. 1620 przez Mikołaja Oleśnickiego wojewodę lubelskiego, a po pożarze przez zgromadzenie odnowiona. Znajdują się tu dwa marmurowe pomniki, fundatora i jego małżonki.

Z kaplicy wyszliśmy na korytarz, chcąc obejrzeć klasztor. Tu uderzyły nasze uwagę dwie ogromne tablice z czarnego marmuru, zapisane od dołu do góry w łacińskim języku i wmurowane w ścianę. Na jednej umieszczony jest rok 1806, w którym klasztor po pożarze został odbudowanym, na drugiej wyrażono, że jest wstawioną na pamiątkę pochowania kości zakonników, zmarłych od 1006 do 1700 roku. Dowiadujemy się z niej, że w okresie tym zarządzało zgromadzeniem tutejszem opatów 82, przeorów 275, a mnichów żyło w klasztorze 1,966. Klasztor cały jest w ostatnim stanie upadku i nic w nim

nic można odszukać godnego uwagi − jedna wielka i ogólna ruina, siedlisko puszczyków, pająków i różnego rodzaju owadów.

Pozostawało nam jeszcze dostać się na szczyt wieży; dostanie się tam jednak nie jest łatwe. Z początku idzie się dosyć wygodnie po wąziutkich kamiennych schodach, ale dalej po złych i nie bardzo bezpiecznych drewnianych, w końcu już po drabinie. Trudną i niebezpieczną nawet wędrówkę nagrodzić nam miał cudny widok, tem bardziej że trafiliśmy szczęśliwie. Poranek był jasny, przezroczysty i najmniejsza chmurka nie zakryła nam dalekiego krajobrazu. Wsie, folwarki, z ładnemi, białemi dworkami, miasteczka, kościoły, lasy − wszystko jak na dłoni. Zdawało się nam, jakbyśmy mieli przed oczami najcudniejsze malowidło, umieszczone na olbrzymiem płótnie, gdzie każdy przedmiot, każdy domek, drzewko i krzaczek rozrzucone są umiejętną ręko artysty, z zachowaniem wszystkich prawideł perspektywy i kolorytu. Co chwila oko odnajdywało nowe obrazy, a coraz piękniejsze, coraz więcej malownicze, aż w końcu zapragnęło większych i szerszych widoków. To też jak przesłonięte gazą zarysowały się zdała Kielce, Chęciny, a z drugiej strony ruiny zamku w Iłży. Wzrok nasz nareszcie spoczął na południowo zachodnim krańcu firmamentu i odkryły się oku blękitnobiaławe w różnych pstrzących się zygzakach zarysy: są to Tatry, oddalone ztąd o mil 30.

Zeszliśmy z wieży i chwilę jeszcze stanęliśmy przed wielkim ołtarzem; pod wpływem wspomnień poważnych mimowiednie zgięły nam się kolana i z ust wydobyła się cicha modlitwa prośby, dziękczynienia i błagania.

III.

WITOSŁAWICE

Gdy schodziliśmy z góry, słońce już kłoniło się ku zachodowi i wkrótce skryło się poza małą chmurkę, występującą nagle na czyste, lazurowe niebo, tworząc prześliczną jaskrawo płomienistą, złotem lamowaną firankę, która opuszczała się na ziemię, jakby otoczyć i osłonić ją pragnęła od chłodu nocnej mgły i rosy. Przybyliśmy wkrótce do wioski Witosławic, gdzie czekały nasze konie, i postanowiliśmy noc tu przepędzić, tem bardziej że uciążliwa i mozolna po górach, parowach i krzakach droga wyczerpała trochę nasze siły. Zresztą zadaniem naszej pielgrzymki było poznać lud wiejski, jego zwyczaje, jego stan materyalny, moralny i umysłowy; nie wezmą nam więc za złe czytelnicy, jeżeli na chwilę porzucimy nasze opowieść, a w zamian wprowadzimy ich do chaty i poznajomimy z jej mieszkańcami.

Domek niewielki, drewniany, zjedna dużą izbą, o jednem okienku i z komorą. Do izby, przez

sień, gdzie ma pomieszczenie trzoda chlewna, przez nizkie drzwi wchodzimy. Komin, piec chlebowy, tak zwany szabaśnik, i cyganek czyli piec ogrzewalny, dwa łóżka zasłane pod sufit pierzynami i poduszkami, stół pod oknem, kilka stoików i ławek i jeszcze szafa na kuchenne naczynia, skrzynka na bieliznę, a do tego ściany od dołu do góry pozawieszane obrazami i obrazkami częstochowskiej roboty, uzupełniają bogactwo i umeblowanie izby. Na siostrzanie, który podpiera belki, rozłożone sierpy, zawieszone kosy i zasuszone zioła, których używa się na różne leki, tak dla ludzi, jak bydła.

Po całem otoczeniu widać było, że trafiliśmy do włościanina zamożnego, a był nim, jako głowa rodziny, staruszek z białym jak mleko włosem, który jednak gęsty w długich pierścieniach spadał mu na ramiona, otaczając miłe, uśmiechnięte, choć trudami poorane lice. Staruszek miał na sobie długą białą koszule, ściągniętą pasem na biodrach i wypuszczoną na wierzch dolnego ubrania; koszula odkrywała piersi, ukazując silnego niegdyś, barczystego mężczyznę. Włościanin ten liczył już sobie przeszło lat 80, choć jego postawa, prosta, energiczna, przytomność umysłu, wzrok i słuch dobry nie dawały tych lat się domyślać. Cała fizyognomia nadzwyczaj sympatyczna. Przywitał nas serdecznie i zaprosił na wieczerzę do wspólnego stołu, na którym wkrótce synowa, w podeszłym już wieku kobieta, postawiła czystą misę kwaśnego mleka i podała smaczny chleb razowy. Do wieczerzy przyszedł syn, mało bardzo wyglądający młodziej od ojca; zasiedli i wnukowie wyrostki, a jeden już nawet żonaty.

Wciągu naszej pielgrzymki po tutejszej okolicy uderzyły nas dwa kontrasty: o ile włościanie starsi byli grzeczni, przystępni, łatwi w rozmowie, a przy spotkaniu uchylając czapki, witali nas słowami „Niech będzie pochwalony” − o tyle młodzi nurkowaci, przyglądali się nam w milczeniu, czapki nigdy nic uchylili, a na zapytanie nie odpowiadali, lub też niechętnie cedzili cóś przez zęby, zbywając lakoniczną odpowiedzią. To samo nas i tu spotkało. Siwy starzec z siwiejącym już dobrze synem po wieczerzy zasiedli z nami i zawiązała się prędko gawędka, gdy wnukowie, odsunąwszy się pod komin i zapaliwszy papierosy, kłócić się z sobą zaczęli. Nie zważając na nas, na ojca i na uwagi zgrzybiałego dziada swego, hardo pomrukiwali, żeby swego nosa pilnował, a nie mieszał się do nich.

Może zresztą niewiele jest okolic w naszym kraju, któreby tak nizko stały pod względem oświaty, jak ta którą opisujemy. Szkółek po wsiach prawie niema, a statystyczne dane najlepiej o tem przekonają czytelnika. Gmina Wąchock na 4,040 ludności, oprócz szkółki w mieście, nie ma żadnej na wsi; tak samo Wierzbnik na 4,075 ludności, gmina Tarczek na 3,182 nie posiada ani jednej szkółki; gmina Rzepin na 5,382 ludności i inne gminy w całej okolicy prawie tak samo.

Jest to przerażające, aby setki, miliony młodszej naszej braci, i to na schyłku dziewiętnastego wieku, tak były ciemne, że chyba tylko instynktem zwierzęcym kierować się muszą!

Długo w noc gawędziliśmy, a niejedna myśl głębsza, wypowiedziana przez starca słowem prostem, przekonała nas, że z ludem tym wszystko możnaby zrobić. Potrzeba tylko kierowników, przedewszystkiem zaś potrzeba, aby dwór zbliżyć się zechciał do chaty, a kapłani nie zapominali, że z maluczkimi żyć i obcować winni…

Powiedzieliśmy dobranoc tym zacnym ludziom i udaliśmy się na spoczynek do stodoły, gdzie na wonnem sianie zasnęliśmy snem twardym i spokojnym.

DROGA – PROGNOZA POGODY

Bardzo rano obudził nas staruszek, bo prosiliśmy go o to, chcąc wcześnie puścić się w dalszą

drogę. Konie zastaliśmy już zaprzężone i myśmy też radzi byli, że nareszcie dostaliśmy się na wózek. Piesza wędrówka już nam trochę dokuczyła.

Ranek był posępny i wilgotny. Całą okolicę pokrywała gruba, ciemna warstwa mgły, tak że nawet z blizka trudno było rozpoznać przedmioty. Nagle jednak wiatr silny zawiał i mgłę poruszył, która to opadając, to podnosząc się w górę, bałwanić się zaczęła i rwać na większe i mniejsze szmaty, tworząc na horyzoncie sine chmurki, goniące jedna drugą z nieopisaną szybkością w stronę zachodu. Pasmo gór jednak było jeszcze zakryte; ale i to potrosze zaczęło się odsłaniać. Mgła nareszcie i tam się rozwiała, zostawiając tylko miejscami na całej długości łańcucha w różnych odstępach fantastyczne, w obłoki strzelające słupy, jakby dymu z olbrzymich hutniczych pieców. Krakowiak nasz odwrócił się i zagadał:

− Będziemy mieli słotę i to dni kilka.

− A zkąd to wiesz? – zapytaliśmy.

− A bo, proszę pana, Łysica fajkę pali.

Lud tutejszy wierzy i za niewątpliwy pewnik uważa, że gdy dymy, to jest para wydobywa się z drzew rosnących na górach, to będzie deszcz i slota. Niewiele jednak przywiązywaliśmy wiary do słów naszego Krakowiaka, uważając to za przesąd, tem bardziej, że wkrótce mgła, chmury i chmurki wszystko gdzieś znikło i najcudniejsza zajaśniała pogoda.

Przez góry, wązkiemi drożynami, mając zawsze przed sobą i za sobą śliczny krajobraz, umieszczony na tle ciemnego łańcucha gór świętokrzyzkich − przez wąwozy tak miejscami głębokie, że ledwo dojrzeć można było obłoki, przybyliśmy do wsi Garbacz, dawniej własności naszego myśliciela i filozofa Gołuchowskiego, który tu życie zakończył w r. 1858. Prócz tego że gospodarstwo wzorowe, a ziemia najlepsza, niczem innem zdaje się nic zasługuje ona na uwagę. To też przejechaliśmy ją i wkrótce stanęliśmy przed parafialnym

kościołkiem w Mominie – uboziuchnym i dość opuszczonym. Kiedy został założony, niewiadomo; ale istniał już w roku 1440, a spoczywają w nim zwłoki Józefa Gołuchowskiego.

Pragnąc poznać dobrze okolicę, postanowiliśmy przejechać ją środkiem przez całą długość, a polem zwrócić się na prawo i zwiedzieć brzegi Kamionny. Z Mominy zatem na Bokszyce, dalej przez Zajączkowice zdążaliśmy do miasteczka Waśniowa. Panorama trochę się zmieniła, bo choć góry, parowy i wąwozy te same, jednak więcej równej ziemi spotkać tu można.

WAŚNIÓW – GAJ

Przez wąwóz długi, głęboki stoczyliśmy się do miasteczka Waśniowa, brudnego, nędznego, z walącemi się drewnianemi chatynkami, takiego jak prawie wszystkie nasze mieściny. Upiększa go tylko świątynia murowana, z ładnym cmentarzem, ogrodzonym sztachetami. Widać tu zaraz, że kapłan i owieczki jego pieczy powierzone dbają o to, co dla serca ich powinno być najdroższego.

Waśniów w XIV wieku był własnością kanoników regularnych w Trzemesznie. Mieszczanie tutejsi przechowują po dziś dzień, jako drogocenną pamiątkę, przywilej Kaźmirza Wielkiego z roku 1351, tak zwane prawo szredzkie. W roku 1467 Waśniów został miastem i wtedy już do opactwa cystersów z Wąchocka należał. Kościół, który teraz widzimy, wystawiony został w XVII wieku, jak erekcya wskazuje; niepodobna jednak wątpić, że Waśniów, od tak dawna będąc miasteczkiem, musiał mieć już przedtem parafialny swój kościół, choć nie ma żadnych na to dowodów.

Niedaleko Waśniowa znajduje się dość opuszczona wioseczka Gaj. Była ona niegdyś siedzibą i dziedzictwem historyka i poety Wespazyana Kochowskiego, który z tąd wyprowadził się d. 13 maja 1663 roku w Lelowskie. Kochowski, mieszkając w okolicach Waśniowa, na wzór sławnej w we czasy „rzeczypospolitej babińskiej,” stworzył podobną w Waśniowie i unieśmiertelnił ją w czterowierszu, z nadgłówkiem: „Waśniów.”

„Darmo to Zoil mówi zazdrości wy,

Iżby Waśniów nasz miał być waśniwy.

Gorzałka waśni gdy we łbie zamąci,

To wtenczas z musu szwagier szwagra trąci.”

Najlepsze jednak wspomnienie zostawił Kochowski o Waśniowie w humorystycznym wierszu „Encomium miasta Waśniowa,” który, jako zapewne nieznany wielu czytelnikom, w całości przytaczam:

„Sławna Sparta odwagą, dowcipem Ateny,

Kędy miały swe gniazdo uczone Kameny.

W pamięci Rzym u świata z szczęścia i dzielności,

Chwalona jest Wenecya z obszernych wolności;

Chełpią się Holendrowie z swobody nabytej,

Lecz to przeciw waśniowskiej rzeczypospolitej

Wszystko fraszką i cieniem. Tu, cokolwiek miała

Natura swobodnego, Waśniowowi dała;

Tu ani na wygnanie nie każą, jak Sparty,

Ani jako w Atenach w więzieniu zawarty

Sokrat trucizną zginie. − Waśniów nic szeroce

Władnie, przecie mniejszego większy nie kłopoce.

Tu złote lata żyją i wiek saturnowy,

Poddany słucha pana i swej starszej głowy,

Pan urzędom posłuszny, a co starsi każą,

Tego błahe pospólstwo zgwałcić się nie ważą.

Prawdziwa wiara kwitnie, nie przystąpi śmiele

Heretyk, zaraz patrem śpiewałby w kościele.

Cnota, szczerość popłaca; w uczynkach rzetelni,

Bez obszernych oracyj każdy swoje spełni.

Wojny wcale nie znają, na morzu nie płyną,

Od półhaka nie mówię, lecz od dział nie giną.

Taki wiek był Saturna przed laty spokojny,

Gdy nie było kłopotów, potyczek i wojny,

Ani prawnych postępków, swarów, ni jurysty;

Bez pługa zagon snopek wydawał kłosisty.

Toć fraszka Sparta i Rzym, fraszka Wenetowie,

Gdy żyć możem wesoło i w naszym Waśniowie.

Darmo do Norymbergii tłuc się w obce kraje,

Kiedy Waśniów wiek złoty i rząd dobry daje.

Tu Raygion di statto, jak wieść o tein słynie,

W Waśniowie rząd pospólstwa, monarchy w Babinie.”

(Liryki, księga I. XXIII.)

O Waśniowie mówi także Kochowski we Fraszkach, pod napisem: „Votum waśniowskie.”

„Pacierz mówią, acz rzadko; jeden piwożerca

Na skruchę się zdowywa i tak westchnie z serca,

Składając ręce w niebo: Ej, Boże mój, gdyby,

Może się odmieniło w piwo, a my w ryby,

Jakobyśmy rozkosznie używali sobie,

Tam żyli, tam skończyli i w tym legli grobie!”

BURZA

Wyjechaliśmy z Waśniowa i przez Pękosławice dążyliśmy na główny trakt, idący z Opatowa do Bodzentyna. Było parno i duszno; koniki nasze cale spotniały, a nam trudno było oddychać, bo w powietrzu rozchodziła się jakaś dziwna woń siarki. Na zachodzie zarysowywać się zaczęła olbrzymia czarno-granatowa chmura. W całej naturze cicho, ponuro, jak zwykle przed zbliżającą się groźną burzą. Przepowiednia naszego Krakowiaka sprawdzać się zaczęła; śpieszyliśmy, aby jak najprędzej dostać się do wioski, bo chmura, choć powoli, jednak coraz więcej występować zaczęła na nieba sklepienie i niekiedy słyszeć się już dawały dalekie, ciężkie, podziemne gromy. Nadchodzącą burzę wszystko dokoła przeczuwało; to też wrony, zwiastuny trwogi i zniszczenia, z głośnem krakaniem, całemi stadami szybko przelatywały nad naszemi głowami, ciągnąc z zachodu na wschód, a i inne ptastwo, spłoszone, wylękłe, w tę samą stronę dążyło.

Krakowiak nasz popędzał rącze koniki; wkoło nas jednak taki panował spokój, że najmniejszy

nawet listek nie poruszał się na drzewach. Zdała tylko widać było całą grozą zbliżającej się burzy, którą zwiastowały czasem wężowe błyskawice. Kolor czarno granatowej chmury mienić się zaczął w brudno żółtawy, cieniowany ołowianemi smugami spadających z gwałtownością strug deszczu.

Przejechaliśmy szybko lichy most w Wieloborowicach, rzucony na niewielkim strumyku, o łożysku jednak nadzwyczaj głębokiem. Zastanawiałem się nieraz w ciągu naszej wędrówki po

tutejszej okolicy nad niezaradnością władzy gminnej, czy lekceważeniem mieszkańców, którzy widocznie na los szczęścia i opiekę Boga życie swe składają, jadąc przez mosty tutejsze. Z jednej strony piętrzące się a straszne góry nie dozwalają nawet na krok jeden skręcić na bok, z drugiej przepaść bezdenna, ku której koła wózka, skacząc po kamienistej drodze, pochylają się często.

Nie mieliśmy jednak czasu długo zastanawiać się nad złym mostem, bo wzrok nasz z wytężeniem zwrócony był w stronę zbliżającej się chmury. Teraz wiatr silny zawył, głośny i groźny, zmiatając wszystko co było na drodze, porywając prawie wózek, konie i nas w wirowy taniec. Drzewa, przed chwilą jeszcze wyniosłe, dumne, teraz kornie zginały swe głowy, kładąc je prawie na ziemi. Piasek, ziemia, drobne kamyki, liście, małe gałązki i inne drobne przedmioty porywały się w objęcia, wyprawiając szalony taniec i zasypując nam oczy.

Wiatr szybko przepędził chmurę, ta zakryła cały horyzont i zrobiło się ciemno jak wśród bezgwiaździstej jesiennej nocy. Deszcz lunął całym potokiem, grom walił za gromem, a echo, odbijając się o góry, parowy i skały, wielokrotnie go powtarzało. Błyskawice oświecały nam drogę, bo inaczej niepodobna było ruszyć się z miejsca. Wylękli i zmoczeni do nitki, stanęliśmy przed jedną z porządniejszych chat włościańskich w Chybicach, gdzie gospodarz gościnnie przyjął nas w swe progi. Burza szybko przeminęła, deszcz jednak lał noc całą jak z cebra. Na drugi dzień nie można było myśleć o dalszej podróży, bo zaniosło się na dłuższą słotę; musieliśmy przeto, mimo naszej chęci, przyjąć gościnność w domu włościanina, tem bardziej że po deszczu ulewnym niebezpieczna była droga. Grunt tu nadzwyczaj lekki, nagle więc spadki tworzą w okamgnieniu wyrwy, często tak wielkie, że całe domy i zabudowania możnaby w nie chować. To też przy uprawie roli mieszkańcy tutejsi zwracają uwagę, aby orka, a nawet bronowanie, nigdy z góry na dół nie było uskuteczniane.

WESELE

Nie przypuszczaliśmy, że burza nastręczy nam nowe wrażenia. W podróży rozmaitość zawsze jest pożądaną, a trafiliśmy właśnie na wiejskie wesele, którego nigdy nie widzieliśmy z blizka. Wesele miało rozpocząć się dnia następnego, bo gospodarz nasz, sołtys zamożny, wydawał swą córkę Jedynaczkę za mąż. Może ludowe wesela w Świetokrzyzkiem nie wiele się różnią od wesel w różnych stronach kraju, które nieraz były już opisywane; jednak jako naoczni świadkowie, postaramy się je opisać.

Na nieszczęście samolubstwo i egoizm zakradły się i pod słomianą strzechę, a za przykładem dworków i pałaców, już i tu matrymonialne stosunki oparte są na rublu, jako głównym czynniku końca dziewiętnastego wieku; ta tylko zachodzi niewielka różnica, że panna z chaty, gdy ma dostatni przyodziewek i poduszkę, jest dobrą już partyą, a gdy jeszcze pierzynę i krowę, to staje się bohaterka, o którą młodzież wioski z zaciętością kruszy kopie. Uczucie tu zwykle nie wchodzi w rachubę, piękność, cnota są to dodatki niepotrzebne i niewymagalne. Młodzi najczęściej się nie znają, a czasem i rodzice także nigdy się z sobą nie widzieli; rzecz całe załatwiają kumoszki, czyste trajkotki wioskowe; one wiedzą kogo i z kim swatać i one głównie kojarzą stadła małżeńskie. Technicznie to się tu nazywa „zmówiny.”

Gdy wszystko już przygotowane, a kumoszki przez obie interesowano strony dobrze wynagrodzone, wtedy rodzice pana młodego wysyłają poważnego gospodarza, który w roli swata, opatrzony przynajmniej w kwartę wódki, udaje się do rodziców panny, wchodzi do chaty i skłoniwszy się nizko, śpiewa:

„Niech będzie Jezus Chrystus pochwalony!

Powiedz mi, panno, czy ja ulubiony?

Powiedz mi, panno, co do mnie masz?

Czy mi tu bywać pozwalasz?

Tam ci w Warszawie, tam u świętej Hanny,

Tam zostawiały swoje wianki panny.”

Dziewczyna odpowiada:

„Ja go tam nie zostawiała,

Bom się z nim nie osławiała.”

Swat wyliczać zaczyna wszystkie cnoty swego kawalera i kończy śpiewem:

„Rano wstawał, sieczkę zżynał gospodarzowi.”

Dziewczyna odpowiada:

„Niech on sam powie matuli,

Niech on sam powie.”

Pan młody ze starostą razem przybyły został za drzwiami. Usłyszawszy odpowiedź panny, wchodzi, kłania się rodzicom do kolan, a widząc pannę odwrócona plecami, stojącą za przypieckiem, rozgniewany śpiewa:

„Rozumiałaś, panno, żem ci się zalecał.

Podałem ci szklankę piwa,

Kawalarski zwyczaj.”

Panna odpowiada:

„Tyś zrozumiał że ja cię kochała,

Tyś chodził po moich progach,

Jam się z ciebie śmiała.”

Kawaler przystępuje bliżej i chce ująć za rękę dziewczynę; ta dąsa się, wyrywa, odwraca, za­wsze zasłaniając końcem fartuszka oczy i śpiewa do matki żałośliwie:

„Dana moja matusiu, (trafia mi się pierwszy) bis

A ten pierwszy grywa wierszy,

Nie pójdę ja matusieńko za niego, (bis)

Dana moja matusiu (trafia mi się drugi) bis

A ten drugi bardzo długi,

Nie pójdę ja matusieńko za niego (bis) i t. d.

Dana moja matusiu (trafia mi się ósmy) bis

A ten ósmy jest mi posłuszny,

To pójdę już ja matusieńko za niego (bis).”

Pan młody uradowany porywa ją za rękę; ta się jeszcze broni, choć czasem zpod fartuszka zerkają figlarne jej oczki na chłopaka, który gwałtem ciągnie ją na środek izby i zaczyna się duet, zakończony słowami dziewczyny:

„A pieczcież, matusiu, placki i kołacze,

Niech że mi ten Jasio więcej nie kołacze.

Już ja jego muszę być (bis)

Jego wolę uczynić (bis).”

Pan miody porywa dziewczynę w objęcia, nie zważając na starszych, całuje ją głośno w oba policzki i uradowany przyprowadza przed rodziców i swata. Ten występuje z wódką. Kieliszek pierwszy bierze do ręki dziewczyna, macza w nim wargę i oddaje go kawalerowi, który duszkiem go wychyla; później piją rodzice i swat i poczęstunek trwa dopóty, dopóki ostatnia kropla nic wysączy się z flaszki, Zwykle zaręczyny odbywają się w piątek lub sobotę, a kawaler i swat nocują, bo w niedzielę rano młoda para idzie do proboszcza, aby dać na zapowiedzi.

Przez cały czas trzytygodniowy, w którym zapowiedzi wychodzą, rodziny nowożeńców przysposabiają się do weselnych godów, mi które najbiedniejszy, choćby mu przyszło sprzedać ostatnią krowę, wystąpić musi wspaniale.

Jest tu zwyczaj, że choćby najbogatsza dziewka za mąż wychodziła, chodzić musi ze starościna lub jedną z kumoszek po proszeniu, a jak prosty lud mówi, „poprosiętach.” Odwiedzają wtedy po kolei wszystkie chaty i dwory w całej prawie parafii; panna młoda wchodząc, każdego, najmniejsze nawet dziecko, objąć musi za nogi i każdy daje co może: to trochę jakiego ziarna, to maki lub kaszy, bogatsi zaś i dwory dają pieniądze.

Nareszcie zbliżają się weselne gody, które osobno u każdych rodziców się odbywają. Goście panny młodej, po większej części dziewice i kumoszki, zbierają się przed wieczorem, bo wić będą wianek przez noc całą. Starsze tańczą, piją i śpiewają; panna młoda siedzi na zapiecku i winna noc całą płakać, dziewki zaś i druhny, wijąc wianek, śpiewają smętną melodyą, obchodzą cale gospodarstwo i w imieniu panny młodej żegnają wszystko i wszystkich: kury, jaja, prosięta, krowę, stoły, łóżko, ławki i t. p.

Już nad ranem zaczynają ubierać pannę młodą, a główną jej ozdobę stanowi tak zwany „strojnik,” który druhny upinają jej na głowie. Jest to rodzaj ubranka, upiętego z różnokolorowych wstążek w ten sposób, że tworzy jakby koronę na głowie. Gdy już czynność ta zostanie załatwioną, inne dziewczęta kończą wieć wianek i śpiewają ostatnią piosnkę:

„Omój wianeczku z barwineczku,

Wieszałam cię na kółeczku,

Któż cię teraz wieszać będzie,

Kiej dziewczyna za mąż idzie?

Mój wianeczku z trojga ziela,

Usłuż-że mi do wesela. (bis)”

Rano nadjeżdża orszak weselny z panem młodym, z muzyką, śpiewem i krzykiem; wszyscy goście na wozach zaprzężonych po cztery konie; drużbowie na koniach tworzą rodzaj straży przybocznej; zdała słychać bęben, który w orkiestrze wiejskiej gra główną rolę, a który często budzi i straszy spokojnych mieszkańców. Pannę młodą, na głos zbliżającego się wesela, pakują do komory i rozpoczyna się rozmowa śpiewem matki i z córką, druhny zawtórują:

„Moja matko, jadą goście,

Niedaleko są na moście.

Jadą, jadą, przejechali.

Już wianeczek zaprzedali

Z kąd goście moja matulu, z kąd goście?

Z podoła, moja curusiu, z podoła.

A czego chcą, moja matusiu, czego chcą.

Wianeczka chcą, moja córusiu, wianeczka” i t. d.

Cala gromada zebranego ludu wchodzi do chaty. Tu odbywa się długi targ o wydanie wianka, który razem z panna młodą zamknięty w komorze i którego bez wykupu druhny wydać nie chcą. Dopiero gdy pan młody płaci za wianek, wynoszą go z komory i oddają starszemu drużbie. Za wiankiem wyprowadzają pannę młodą. Nowożeńcy siadają naprzeciwko siebie za stołem nakrytym białym obrusem, na którym położony jest bochenek chleba. Młodzi kładą lewe ręce w ten sposób, że ręka panny leży pod spodem na chlebie. Rodzice, drużby, druhny i wszyscy zebrani otaczają stół kołem. Robi się cisza, bo na ławę wchodzi mówca (każda prawie wieś ma swego oratora, który na ten cel bywa zawsze zapraszany na wszystkie wesela) i przemawia do nowożeńców w zabawny sposób, tłumacząc im ważność małżeństwa i ich obowiązki, a w końcu, uderzywszy ręką w ręce nowożeńców, które się rozplatają, mówi:

„Serca zamknięte,

Klucz rzucony w morze.

Nikt was nie rozłączy,

Wszechmogący Boże!”

Gdy wstaną od stołu państwo młodzi, rodzice przystępują, za nimi swat i nastaje chwila błogosławieństwa, młoda para wszystkim po kolei pada do nóg, a potem panna żegna się z druhnami.

Tu, dla dopełnienia obrazka, pozwolą czytelnicy, że skreślimy strój nowożeńców. Panna młoda ubrana jest w krótką po kostki, biała perkalową spódniczkę, haftowaną lub wyszywaną tasiemkami, w gorset zgrabny wełniany pąsowy, zpod którego świeci czystością biała perkalowa z bufiastemi rękawami koszula. W pasie okala ją duży fartuch koloru niebieskiego, na nogach białe pończochy i zgrabne ciżemki. Szyja cała literalnie zakryta rozwieszonemi koralami i paciorkami , związanemi z tyłu długą kolorową wstążką. Włosy rozpuszczone, na które kładą strojnik. Na całe to ubranie zarzucają różnokolorową chustkę, tak zwaną tu „szalinówkę.” Strój pana młodego stanowi długa biała perkalowa koszula, wypuszczona na dolne ubranie i przewiązana w biodrach rzemiennym pasem, pod brodą spięta świecąca spinką, u której zawieszony fontaż z pąsowej wstążki; na koszule kładzie długą kamizele z granatowego sukna, wyszytą świecącemi guzikami; dalej wdziewa białą z samodziału sukmanę, obszytą w różne zygzaki pasową i niebieską plecionką, która rozpięta ukazuje pąsową także podszewkę. Buty grube ale zgrabne, ze świecącemi podkówkami, i czapka granatowa dopełniają stroju. Prócz tego pan młody i drużbowie z piór pawich i z kwiatów robionych przypinają ogromne bukiety do czapek.

Ze śpiewami i hałasem podjeżdżają przed kościół; tu spełniają zwykły obrządek ślubny, a wychodząc z kościoła, zabierają do karczmy na poczęstunek organistę i śpiewają:

„A gdzie się panna młoda podziała? W kościele za ołtarzem została.

Trzebaby organisty poprosić,

Żeby ją chciał z za ołtarza wypłoszyć.”

W karczmie biesiada ciągnie się prawie do wieczora, a potem cały orszak odwozi pannę mło­dą do domu, dzieląc się przed chatą na dwa obozy: goście pana młodego jadą do jego rodziców, panny młodej zostają u jej rodziców. Tutaj już biesiadników oczekuje stół zastawiony różnemi mięsiwami, grochem, kaszą i t. p. co zależy od zamożności gospodarza, a czarka z wódką gęsto krąży.

Gdy wszyscy wstaną od stołu, rozpoczynają się tańce, które noc całą i dzień następny z małemi przerwami się ciągną. Tu stare kumoszki i podtatusiali włościanie tańczą oberka, bez przerwy przyśpiewując piosnki, ale że to już wszyscy dobrze podchmieleni, to i piosnki bywają rubaszne i nieprzyzwoite. Notujemy tu jedne, która się nam więcej od innych podobała, a która w średnich latach, z dziarską jeszcze miną jeden z biesiadników, nasunąwszy na bakier czapkę, śpiewał, stojąc przed grajkami:

„Fornala mi rają,

Ja fornala nie chcę,

Bo zaciął mnie batem,

To mnie boli jeszcze.

Ekonoma mi rają,

Ekonoma nie chce,

Bo batem wywija,

Jak pójdzie na pole,

Ludzi pozabija.

Kowala mi rają,

Ja kowala nie chce,

Ja marna kobieta,

Nie udźwignę młota.

Rymarza mi dają

Ja rymarza nie chcę,

Bo brzydkie stworzenie,

Zębami, rękami

Wyciąga rzemienie.

Garncarza mi rają,

Ja garncarza nie chcę,

Co wyrobi w glinie,

Z garnkami wywróci,

Mój majątek zginie.

Kucharza mi rają,

Ja kucharza nie chce,

Bo Boga obraził,

Ukradł nóż stołowy,

Za cholewę wraził.

Leśniczego mi rają,

Ja leśniczego nie chcę,

Co po lesie chodzi,

Jak spotka jaka dziewkę, Zaraz mu się godzi.

Młynarza żądałam,

Toć go będę miała,

Namiele mi maczki,

Będę jadła pączki.”

Za każdą wrotką powtarza się:

„Graj muzyka

Dam ci byka,

Na zapusty.

Do kapusty.

Grochu miarkę,

Kaszy drugą,

I kiełbasę

Taką długą.”

Nastaje teraz najważniejsza część wesela i najdłuższa − oczepiny. Na drugi dzień przed wieczorem pan młody ze wszystkimi swymi gośćmi znowu ze śpiewem i muzyką na wozach przybywa do swej oblubienicy.

Rozpoczyna się taniec, a tak zajadle, że chata cała drży, okno brzęczy i zdaje się że runie lada chwila na głowy tańczących. Młodzież pragnie się zabawiać, bo o północku zaczną się oczepiny i koniec dla nich uciechy. W czasie tańców panna młoda gdzieś zginęła; starszy drużba z nowożeńczem szukają jej i w końcu znajdują; pan młody gwałtem sadza ją na stołku, postawionym na środku izby, młodzież otacza ich kołem, stara się odciągnąć go od oblubienicy i tak manewruje, że uprowadza ze sobą za drzwi pana młodego. Wtedy starościna z kobietami zbliża się do panny młodej, starsza druhna zdejmuje jej stroik, kobiety obcinają jej włosy i kładą czepek z białego tiulu, śpiewając:

„Pomaleńku rozplatajcie,

Warkocza jej nie targajcie,

Bo matula uczesała,

Targać go jej nic kazała.

A od matuli, od mężowej,

Będzie czepeczek gazowy,

A od tatula rodzonego,

Spodziewamy się talara bitego.”

Gdy już czepek włożyły, śpiewają dalej:

„Nie chciałaś chodzić w rucianym,

Chodż-że teraz w nicianym,

Nie chciałaś chodzić w wianeczku,

Chodż-że teraz w czepeczku.”

Stawiają teraz na kolanach panny młodej talerz i zbierają składkę na czepek. Każdy z gości przystępuje i na co go stać kładzie na talerz, a kobiety śpiewają, wywołując każdego gospodarza po kolei:

„Jeszcze mało, jeszcze mało,

Jeszczeby się więcej zdało…” i t. d.

Gdy napełniony został talerz drobną monetą, kobiety otaczają kołem pannę młodą, której rola

przez cały czas trwania wesela nie do pozazdroszczenia, i śpiewają znaną pieśń o chmielu.

Zaczyna się teraz oryginalna część uroczystości. Pan młody z drużbami, przebranymi za kupców w różne ubrania, i z Żydkiem, którego naśladuje najdowcipniejszy parobek, grający rolę faktora, wchodzi do izby. Na spotkanie wychodzi starosta, także odgrywający rolę zamożnego gospodarza, i oświadcza że przyprowadził na jarmark ładną jałowicę i pragnie ją sprzedać. Pan młody bierze oblubienice do tańca, a ona udaje że kuleje. Robi się gwałt, krzyk, że jałówka kulawa, faktor, dowcipkując, odciąga kupującego i stręczy mu inną. Po chwili pan młody bierze ją drugi raz do tańca; już teraz nie kuleje, targ przybity i pan młody płaci potłuczonemi skorupami. Ale jeszcze nie koniec: pannę młoda porywają kumoszki, starościna i wołają o wykup. Wtedy pan młody częstuje wódką słodką i dobra, kobiety znów przyśpiewują.

Tu zaczyna się pijatyka, bo pan młody hojnie częstuje czarką; to też już wszyscy podchmieleni. Śpiewy i tańce do dnia białego się przeciągają, choć to nie koniec jeszcze wesela. U bogatszych tydzień cały schodzi na ciągłych ucztach, a u najbiedniejszych nawet trzy dni trwać muszą.

Jeszcze słówko musimy poświecić ogólnej fizyognomii tutejszego ludu. Kobiet jak i mężczyzn w ogóle do pięknych zaliczyć nie podobna. Wzrostu bywają miernego, a nawet małego; kobiety pękate, przysadziste, choć znowu nie można bezwarunkowo nazwać ich brzydkiemi, bo tryskające zdrowie, świeżość, mocne rumieńce, w końcu piękny strój, dodają im wiele wdzięku i krasy. Mężczyźni chuderlawi, z długiemi, z przodu tylko ostrzyżonemi włosami, zakrywającemi czoło i okalającemi twarz zupełnie wygoloną, nie mogą także pięknie wyglądać.

W bliższem obcowaniu z tutejszym ludem wiele można znaleźć zdrowego chłopskiego rozumu i trafnych często poglądów; ogół jednak jest ciemny, gruby w swych wyrażeniach, niedowierzający, konserwatywny w wysokim stopniu, a choć oświata nic mogła przedrzeć się tu przez góry i lasy, demoralizacya znalazła jednak drogę i wdarła się w ten cichy zakątek, pod nizkie słomiane strzechy.

VI.

CHYBICE

Ostatni dzień naszej gościny w Chybicach był 23 czerwca, wigilia do ś-go Jana i dzień w któ­rym palą sobótki. W okolicy tej jednak nie z taką uroczystością jak w Sandomierskiem i Krakowskiem ten obrządek się odbywa, o. o. benedyktyni bowiem, będąc wszechpotężnymi panami w Świętokrzyzkiem, wszelkiemi sposobami i nawet siłą starali się lud od tego pogańskiego zwyczaju odwieść.

Na drugi dzień rano, pożegnawszy gospodarza i ucztujące jeszcze wesele, puściliśmy się w dalszą drogę, a po burzy i deszczach nastała śliczna pogoda. Okolica piękna; na lewo ciągle łańcuch gór ze wspaniałym klasztorem, który tylko od chwili do chwili kryje się przed okiem wędrowca, gdy wózek stacza się w parów. Przed nami rozłożony ładny i obszerny, największy w całej okolicy, majątek, dobra chybickie, niegdyś własność hrabiów Karwickich, po śmierci zaś ostatniego z nich, przechodząc różne koleje, dostały się w ręce dziedzica, który tu nigdy nie mieszka, a nawet prawie nie bywa, gospodarstwo zdawszy w ręce rządcy.

W głównym folwarku Chybice, do którego właśnie dojeżdżamy, znajduje się kościół murowany, założony jeszcze w roku 1362. Kto go fundował, niewiadomo; poświęcał go zaś biskup krakowski Bodzanta Jankowski. Kościół schludnie utrzymany, dość oryginalnej struktury, nic jednak niema tu takiego, co by było godnem zanotowania.

Jest między ludem podanie że na polach chybickich nasi mieli stoczyć walkę ze Szwedami, i miejsce gdzie miała zajść ta zwyciezka rozprawa pokazywali nam starzy ludzie wśród pól fol­warcznych, przy drodze wiodącej do Pawłowa. Jest-to niewielka polanka, długa i szeroka staj

parę. Niegdyś zarośniętą była płaczącemi brzozami. Dawniejszy dziedzic, hr. Karwicki, miej­sce to czcił i pielęgnował jako cmentarzysko; lecz gdy majątek przeszedł w inne ręce, nowy zarządzający dobrami, idąc za duchem czasu, wyciąć kazał drzewo na sążnie, polankę zorano, obsiano, a na znawożonej dobrze kośćmi i krwią ludzką ziemi przepyszna dziś rodzi się pszenica.

ODPUST W PAWŁOWIE

Z Chybic mieliśmy zamiar wprost jechać gościńcem do Bodzentyna, ale że o dwie wiorsty jest kościół w Pawłowie i w dniu tym, jako w dzień ś-go Jana, zdążali tam wszyscy na odpust, ciekawi zblizka przypatrzeć się tej prowincyonalnej uroczystości, zjechaliśmy i my na prawo. Drogą równą, wysadzoną topolami, zostawiwszy na boku nieduży ale ładny majątek Warnówek, własność od lat kilku starozakonnego, zajechaliśmy przed kościół w Pawłowie, zbudowany z kamienia i cegły, za staraniem ks. Jana Strachowskiego proboszcza, który tę godność lak kilkadziesiąt tu. piastuje. Ukończony i poświęcony został w roku 1871. Struktura jego nie podobała się nam, bo odjąwszy krzyże, mogłoby się zdawać, że stoimy pod jakąś fabryką. Wewnątrz kościół obszerny, posadzka kamienna, trzy ołtarze drewniane sprowadzone z Warszawy, słowem całość miłe robi wrażenie na widzu.

Odpust na wsi może miałby racyą bytu, gdyby pod wyrazem „odpust” rozumiano modlitwę lub pokutę; lecz, niestety, dzieje się wprost przeciwnie: wszyscy idą tam z myślą rozrywki i zabawy, a patrząc na ten tłum ludzi, z których większa część nie wchodzi do kościoła, a często i nie zmówi pacierza, na bijatyki w miejscowej karczmie, na zgraje Żydów, prawie pod samym kościołem rozkładających swój towar, otwarcie powiedzieć musimy, że odpust w ten sposób zrozumiany bardzo ujemnie oddziaływa na ciemną ludność wiejską. Zreformować go i zaprowadzić inny porządek, to wyłącznie zależy od proboszczów, jako gospodarzy w swej parafii; potrzeba tylko dobrych chęci.

ŚWIĘTOMARZ – TARCZEK

Serdecznie i gościnnie przyjęci przez proboszcza, wróciliśmy tą samą drogą do Chybic i na trakt główny. Przejechaliśmy piękny folwark Wawrzęczyce, dalej Brzyzie. Panorama ta sama na prawo i lewo; za nami i przed nami góry, parowy, urwiska, a mimo to najpiękniejsza kłosząca się pszenica, obsiana na niewielkich poletkach. Mieszkaniec równin nie chce własnym oczom wierzyć, że na tych stromych górach uprawiać ją można.

Z Brzyzia, po dwóch piekielnych mostach i przez długi parów, stoczyliśmy się pod ogromną murowaną karczmę w Świętomary, z kąd oczom naszym wyrysował się mały, z czerwieniejącym dachem kościółek, niedawno odnowiony staraniem miejscowego proboszcza ks. Karola Bogdańskiego, który w roku zeszłym umarł. Kościół postawiony był w roku 1367 przez Bogufała herbu Rogala, syna dziedzica Klonowa. Wewnątrz czyściuchno utrzymany, a teraźniejszy proboszcz nie szczędzi trudów, aby i koło kościoła i cmentarza zaprowadzić porządek. Ołtarze drewniane niedawno także odnowione. Obok ołtarza wielkiego znajdują się dwa piękne obrazy, dar jednego z obywateli tutejszej parafii; jeden przedstawia ś-ą Teresę konającą, drugi ś-ą Magdalenę, obydwa penzla Bacciarellego. Dosyć nam zeszło czasu w Pawłowie; bo też ciemność nas tu zaskoczyła i zmuszeni byliśmy zanocować u zacnego i gościnnego plebana.

Na drugi dzień rano wyjechaliśmy ze Świętomarzy do Bodzentyna, odległego ztąd o pół mili. Po drodze wypadło nam wstąpić jeszcze do Tarczka, ze starożytnym pafialnem kościółkiem. Tutaj był także dworzec biskupów krakowskich, który jednak istniał niedługo, bo jeszcze za czasów świętobliwego biskupa Prandoty z Białaczewa został spalony i zniszczony przez Konrada Mazowieckiego w roku 1244 i wkrótce miejsce pobytu biskupów przeniesiono do Bodzentyna. W Tarczku dnia 29 listopada 1292 r. biskup krakowski Paweł z Przemankowa żywot swój niecny zakończył.

Kościółek niewielki, z ciosowego kamienia, mężnie oparł się burzom i zachował po dziś dzień cechę starożytnej swej struktury. Otoczony wiekowemi lipami, pięknie i poważnie się przedstawia. Wewnątrz tylko nie bardzo miłe robi wrażenie, bo dość zaniedbany. Dworca biskupów niema ani śladu. Zabawiwszy chwilkę w kościele, bo nic nie było ciekawego do obejrzenia, powędrowaliśmy dalej, na jarmark do Bodzentyna.

BODZENTYN

archiwalne-20Posuwając się żółwim krokiem, z powodu tłumu ludzi i koni na drodze, mieliśmy czas rozpatrzeć się w okolicy i przyjrzeć Bodzentynowi. Na pierwszym planie, po prawej i lewej stronie drogi, mamy równinę i pola; dalej trochę porznięte pasy ziemi na górach są to kolonie wsi Dąbrowy, a z drugiej strony wsie i folwarki: Śniadka, Sierakowice, za temi zaś widnieją obszerne lasy rządowe. Przed nami Bodzentyn, wysunięty i rozłożony na niewielkiem wzniesieniu, tak się przedstawia, jakby leżał u samych stóp łańcucha gór świętokrzyzkich, lubo od podstawy tych gór dość daleko jest odsunięty. Pod samem miastem obszerne i bogate łąki otaczają je łukiem, zroszone rzeczką Psarką. Przejechaliśmy dwa mosty i dostaliśmy się na drogę błotnistą i kamienistą, a tak złą, że gorszej nie można sobie wyobrazić.

Po długim dopiero czasie przybyliśmy na rynek, a ztąd do zajazdu, w którym umieściliśmy swoje konie, sami zaś poszliśmy obejrzeć miasto, ruiny pałacu biskupów krakowskich i kościół. Bodzentyn na widownię historyczną występuje dopiero w roku 1355; założony został przez biskupa krakowskiego Bodzantę Jankowskiego, który prawdopodobnie dwór z Tarczka tu przeniósł i od nazwiska swego Bodzentynem nazwał. Biskup ten był pobożny i podobnie jak ś-ty Stanisław, strofował wolne życie króla Kaźmirza Wielkiego; to też omało że męczeńską śmiercią nie zginął. Palmę męczeństwa, w skutek wido­cznie pomyłki, otrzymał wtedy wikary Marcin Baryczka, biskupowi zaś spalono tylko dobra i odtąd był prześladowanym przez miejscowego wojewodę Ottona Pileckiego herbu Topór. Po długich niesnaskach biskup nareszcie pogodził się z Kaźmirzem W. Kapłan ten dożył późnej Starości i przechowały się ślady czynnego jego życia; przed śmiercią dotknięty został ślepotą.

Paląc, którego dziś widzimy tylko ruiny, wystawił z kamienia i cegły biskup Floryan Mokrski, herbu Jelita, w roku 1380; opasał także mia­sto fortecznym murem i basztami. W roku 1380 biskup krakowski Jan Radlicki kościół parafialny wybudował.

Władysław Jagiełło dnia 19 czerwca 1410 roku zjechał tu z całym swym dworem, wracając z klasztoru o. o. benedyktynów, i dwa dni w pałacu biskupów gościł. Tu przyjmował posłów przysłanych od książąt pomorskich, którzy mu pomoc przeciwko krzyżakom przyobiecywali.

Niezadługo potem spaliły się miasto i kościół; za staraniem jednak kardynała Zbigniewa Oleśnickiego, jednego z największych ludzi swego czasu, kościół z muru odbudowano i ukończono r. 1452. Miasto także, obdarzane łaskami biskupów, szybko się podniosło.

Za panowania Zygmunta I Bodzentyn kwitnąć zaczął handlem i coraz więcej wzrastał, wyróżniając się od innych miast fabrykami sukiennemi, rzeźbiarskiemi, a nawet fabryką luster. W połowie XV wieku był głośnym z sądów biskupich, utworzonych tu na powstrzymanie szerzenia się reformacyi religijnej.

W Bodzentynie mieszkał i umarł w r. 1577 uczony i biegły w naukach przyrodniczych Franciszek Krasiński, herbu Ślepowron, pierwszy biskup, który za wolnością wyznań obstawał. Z rąk to jego Zygmunt August przyjmował ostatni sakrament.

Tu sławny kanclerz wielki koronny Jakub Zadzik, ostatni domu swego potomek, zakończył życie dnia 17 marca 1642 r. Tu biskup Andrzej Trzebicki w roku 1670 wybudował na rynku wspaniały gotycki ratusz, który starzy mieszkańcy dotąd pamiętają, bo stał jeszcze w r. 1829. Dziś nawet śladu jego niema. Tu Jan Małachowski w r. 1698 zapisał 31,000 ówczesnych złotych polskich, jako zapomogę dla ubogich dzieci mieszczan i rzemieślników. Tu biskup Felicyan Szaniawski pobudował w okolicy wiele fabryk żelaza. Ostatni tu zamieszkał biskup Kajetan Sołtyk.

Dnia 26 stycznia 1797 roku, na mocy konwencyi między trzema mocarstwami, Bodzentyn prze­szedł na własność rządu.

Idziemy teraz do kościoła, który pod względem architektonicznym nie zaleca się pięknością i gdzieś w kącie stoi ukryty za domami. Wewnątrz jednak nadzwyczaj poważnie wygląda; brak tylko ręki, któraby dbała o czystość i porządek. Widzimy tu kilka drewnianych ołtarzy, kilka marmurowych pomników, oto i całe bogactwo. Głównie zwraca uwagę w zakrystyi ołtarz składany, prawdopodobnie obozowy którego z królów, dzieło jakiegoś nieznanego a znakomitego artysty z końca XV wieku, jak określił Sobieszczański. Szkoda że to w swoim rodzaju arcydzieło, mało znane ogółowi, pleśnieje w tak dalekich i nieprzystępnych stronach kraju.

Tuż obok kościoła jest dom, w którym ma pomieszczenie wikary miejscowy i służba kościelna, dom prawie bez dachu, ze sterczącemi krokwiami i wystającemi łatami, istna waląca się buda. Przykre robi wrażenie podobny budynek obok kościoła. Ale kogo tu winić?… Odpowiedź na to pytanie nie do nas należy. My notujemy fakt, dziwiąc się tylko, jak wszędzie tak i tu, lekceważeniu władzy gminnej, że domu grożącego życiu mieszkańców nie każe rozwalić.

W Bodzentynie jest kancelarya sądu gminnego, wójta i szkoła elementarna.

VII.

POWRÓT Z JARMARKU W BODZENTYNIE – SIEKIERNO

Pragnęliśmy ztąd dostać się do Wąchocka i brzegiem rzeki Kamionny odbyć dalszą wędrówkę. Chociaż dobrze się już ściemniło, wyjechaliśmy z miasta, przekładając nocleg u włościan na wsi, nad cuchnącą stancyą żydowską. W Bodzentynie jeszcze gwarno, szynki przepełnione po sarnę brzegi, a nawet część ludu wylewa się na ulicę.

Gościniec bity idzie ztąd do Suchedniowa. Omijając ciągle fury pijanych włościan, których konie na los szczęścia i samopas dążą do domu, po godzinnej wolnej jeździe przybyliśmy do Siekierna, wioski gdzie jest biuro urzędu leśnego i mieszkanie nadleśnego. Trudno nam było dostać nocleg i już żałowaliśmy, że nie zatrzymaliśmy się w Bodzentynie. Cała prawie ludność wioski jeszcze była na jarmarku; w chatach zastawaliśmy tylko dzieci, w innych zaś spotykaliśmy pijane stadła małżeńskie, bijące się z sobą − słowem przejechaliśmy prawie wieś całą, a wszędzie bolesny i jednakowy obraz, dający nam miarę, jak ujemnie wpływają na moralność ludu tak częste jarmarki. Dopiero pod samym lasem, w lichej lepiance, przyjęto nas gościnnie. Przy wnijściu do chatki doszedł uszu naszych śpiew nabożny, wychodzący z piersi zgarbionego, w średnim wieku wieśniaka, który z toporem w ręku wykończał klepkę do beczki. Żona i kilkoro dzieci, biednie ale czysto odziane, siedziały nad miską wieczerzy, złożoną z kartofli i barszczu z solą.

Trzeba zblizka zajrzeć do chaty wieśniaka, a dopiero wtedy można się przekonać, ile jest u nas nędzy i jak tym ludziom mało potrzeba do szczęścia. Pożywienie ledwo głód zaspokaja, rozrywki żadnej, a dzień podobny do dnia jak rodzeni bracia. Gospodarz, który nas pod swą strzechę przyjął, był komornikiem na dwóch morgach ziemi i do tego lichej. Zapytaliśmy go jakim sposobem potrafi tak liczną rodzinę wyżywić i okryć. − A proszę ja pana, bo to człowiekowi wiele potrzeba? Mam córkę lat 14 i z tą chodzimy do lasu rąbać sążnie; córka pomaga mi w przerzynaniu drzewa na klocki, ja później łupię na polana, a ona układa. Jeżeli drzewo popadnie nam łupnę i nie sękate, to postawimy czasem na dzień dwa sążnie i zarobimy trzy złote. Ale to proszę ja pana trzeba się dobrze napocić, nie dojeść i nie dospać. Umiem też trochę bednarkę, to tam sklei się jaką beczkę na kapustę, a robi się to najczęściej zimą, na długich wieczorach.

Że już było późno, zaprowadził nas do stodółki na siano; zasnąć nie mogliśmy, mając głowę nabitą dopiero co widzianym obrazem, a ledwie świtać zaczynało, my już gotowi byliśmy do dalszej podróży. Uprosiliśmy gospodarza, aby zechciał być naszym przewodnikiem, bo nie znając drogi, w tak dużym i gęstym lesie łatwo było zabłądzić. Dzień rozpoczynał się piękny i ciepły, wyprawiliśmy zatem naszego Krakowiaka z końmi, aby jechał naprzód, sami zaś z kijem podróżnym w ręku puściliśmy się pieszo.

DROGA LEŚNA NA WĄCHOCK – LASY SIEKIERZYŃSKIE

Las, z początku rzadki, co krok stawał się gęstszy i w końcu tak zwarty, że trudno było przecisnąć się przez niego. Drzewa nadzwyczaj wyniosłe i grube, a tak splecione z sobą u góry, że tworzą prawie dach nad głową; dołem zaś różne drobne krzewy i krzaki leszczyny tworzą nieprzebytą ścianę. Mało gdzie można spotkać u nas w kraju tak stare i piękne drzewa: wysmukłe sosny, proste, gładkie, tak że trudno dojrzeć wierzchołka i gałęzi, staruszki pamiętające niejedne setkę lat; olbrzymie dęby z dumnie podniesionem, gęsto zarośniętem czołem, a znać że przetrwały niejedne burzę w swem życiu; miejscami kępy płaczących brzóz widnieją zdała, jak cienie pokutników przyodzianych w długie białe opończe; tu znów dziwny wydają szelest liście osiki, która drży jak w ciągłym paroksyzmie febry; gdzieniegdzie wspaniały jesion, tu rozrzucone większe i mniejsze jodły zwieszonemi do samej ziemi gałęźmi czernieją się na tle jasnem, jak piramidy.

Wązka drożyna doprowadziła nas na maleńką łączkę; byliśmy właśnie na samym środku głębokiego lasu, gdzie sączył się, szemrząc, wąziuchny strumyczek, a na nim zarzucone dwa klocki drzewa i w poprzek kilkanaście okrąglaków tworzących most leśny. Na obalonej kłodzie drzewa siedliśmy, aby odpocząć, nie tyle jednak ze zmęczenia, ile że pragnęliśmy nasycić się tym nienasyconym spokojem, jaki wkoło nas panował. Balsamiczna woń żywicy i licznych kwiatów łechtała odurzająco nasze powonienie; chciało się przymknąć oczy i w błogiem marzeniu zasnąć głęboko. W lasach tutejszych ma być bardzo wielo grubego zwierza, jak jeleni, saren, dzików, lisów; trafiają się także wilki, ale coraz rzadziej.

Podczas tej wędrówki po okolicy obijały się ciągle o nasze uszy narzekania, nie tylko włościan, ale i innych mieszkańców, na brak drzewa. Trudno zdaje się temu uwierzyć, bo okolica ze wszystkich stron otoczona lasami, a jednak tak jest rzeczywiście. Cząstkowej sprzedaży niema, urząd leśny sprzedaje porębami, a tylko na opał sprzedają gałęzie; do kupienia na licytacyi Żydzi nikogo nie dopuszczają, a że bez drzewa żadne gospodarstwo obyć się nie może, nie mogąc zatem kupić, mieszkańcy zmuszeni są defraudować. Nie wchodzimy tu w kwestyą materyalną, na której jedna i druga strona wiele traci, ale zwracamy uwagę, ile podobna kradzież leśna szkodliwie musi oddziaływać na moralność mieszkańców.

Jakże się zdziwiliśmy, gdy przechodząc środkiem lasu, zobaczyliśmy setki powalonego drzewa na ziemi. Drzewo to, sprzedane wyłącznie ludności miejscowej, zaspokoiłoby jej potrzeby na lat kilka, usunęłoby kradzież i przyniosłoby ogromny dochód rządowi; tymczasem gnije ono i marnieje. Z drugiej strony, wobec braku lasów i wygórowanej ceny drzewa w naszym kraju, jakże nie dziwić się, że gospodarstwo leśne idzie jeszcze tak niedołężnie i tak nieumiejętnie jest prowadzone!

Mówiąc o lasach na górach świętokrzyzkich, wspomnieliśmy że drzewo ma tam małą wartość, i tak jest rzeczywiście: brak komunikacyi, trudne sprowadzenie ze stromych gór, a często miejscowość nieprzystępna są tego powodem. Tu dzieje się przeciwnie. Lasy są położone w równinie, lub na niewielkich pagórkach, zarośnięte przeważnie sosną i dębem, przytykają do fabryk żelaznych, tak rządowych jak prywatnych, i tym sposobem ogromny maja pokup. Prócz tego przemysłowcy Żydzi biorą ztąd drzewo do kolei, lub obrabiają je na belki, wysyłając na Wisłę, a ztamtąd do Gdańska.

Znowu przepraszamy czytelnika, że odbiegliśmy od głównej opowieści; ale niepodobna choć w krótkości nie potracić o przedmiot tak ściśle związany z życiem, przemysłem i bogactwem okolicy, którą opisujemy.

Doszliśmy do skraju lasu, pożegnaliśmy poczciwego przewodnika, wsiedliśmy na wózek i drogą na Rataje, głębokim wąwozem, zjechaliśmy do Wąchocka.

WĄCHOCK

archiwalne-1Wąchock w pysznem położeniu, na podgórzu wystawiony jest tak, że ostatnie domki spuszczają się w nizinę, która daleko się ciągnie, odkrywając cudną perspektywę. Z lewej strony wjeżdżając od Rataj droga bita do Bzina, wijąca się po dość znacznem wzniesieniu; za sobą marny góry, pokryte gdzieniegdzie karłowatemi sosnami i jałowcem; wprost staw z murowanym amerykańskim młynem, dawniejsze fryszerki sprzedane przez rząd, a przez nowonabywcę zamienione na młyn; za stawem lasy iłżecko-wąchockie. W samej nizinie stoi ogromny klasztor i kościół po-cysterski.

Wąchock obecnie jest bardzo lichą, błotnistą mieściną; domy po większej części drewniane; wyróżniają się tylko poczta i stara kamienica, resztki z pozostałych budynków klasztornych, odnowiona przez właściciela, w której jest apteka. Tu także mieści się kancelarya sadu gminnego, wójta i szkółka elementarna.

Wąchock jeszcze za czasów Kaźmirza Jagiellończyka w roku 1454 ze wsi na miasto zamieniony został. Obdarzany odtąd przywilejami królów, przy bogatym klasztorze tak prędko wzrastał, że wkrótce zasłynął daleko z handlu, kuźni, kopalni żelaza, a także z wyrobu kamieni młyńskich.

Tutejsze opactwo owicie wcześniej było wzniesione, bo podług Długosza i innych historyków, klasztor cystersów założony został w roku 1170 przez biskupa krakowskiego Gedeona herbu Gryf. Napis nawet na sklepieniu brzmi: „Aedes haec erecta est 1179, adoruata 1704.”

Wspomnieliśmy na początku naszej opowieści, że w roku 1650 Rakoczy książę siedmiogrodzki klasztor złupił i spalił. Otóż tablica nadedrzwiami marmurowa fakt ten potwierdza, wymieniając jako datę spalenia r. 1656, a odnowienia r. 1695.

Opactwo wąchockie posiadało ogromne dobra i dochody, same kuźnie przynosiły mu przeszło 100,000 ówczesnych złotych. Miasto, po spaleniu i zniszczeniu przez Rakoczego, choć z gruzów powstało, już do dawnej świetności i bogactwa nie wróciło, a nawet kłoniąc się ciągle do upadku, stało się w końcu tem, czem je dziś widzimy.

W klasztorze znajdowała się drogocenna biblioteka; zakonnicy głównie zajmowali się kształceniem młodzieży. W roku 1802 została tu nawet założona szkoła realna czteroklasowa, w której przeor cystersów piastował godność rektora. W roku 1831 szkoły zostały przeniesione do Opoczna, a ztamtąd do Końskich. Po zniesieniu zakonów, obszerne dobra i gmachy rząd zabrał, a kościół zamienił na parafialny. Po krótkiem tem wspomnieniu historycznem, obejrzemy teraz klasztor i kościół.

Klasztor jest zupełnie prawie zniszczony. W obszernych komnatach, gdzie niegdyś ucztowali bogaci zakonnicy, gdzie było wesoło i gwarno, gości dziś puszczyk, mieszczą się gniazda wróbli, a pająk swobodnie snuje swe sieci. Ocalał, ale także grozi zawaleniem, starożytny kapitularz w stylu byzantyjskim; jest to niewątpliwie najdawniejsza część, pozostała z pierwszej budowy w XII wieku, jak utrzymuje Sobieszczański. Salę tę wspierają cztery grube i nizkie kolumny; sklepienie łukowate, a okna szczególnego kształtu, z małemi, w ołów oprawionemi szybami. Kapitularz zamieniony później został na więzienie obwinionych zakonników, a według miejscowego podania, jeden z nich był tu żywcem zamurowany.

Budynki klasztorne opasują dokoła kościół, który tylko od strony stawu i drogi z Mirca jest odkryty. Kościół piękny, w stylu gotyckim, z ciosowego kamienia; do wnętrza trzeba przechodzić przez bramy i furtki, które są w złym stanie. Wewnątrz kościół nadzwyczaj ponury i ciemny, że nawet przeczytać napisów na pomnikach. Nawa kościoła jest dług a wązka, po bokach kaplice. Wiel­kiego ołtarza niema, jest tylko rodzaj teatralnej dekoracyi. Godne za to uwagi piękne organy i dwie duże, naprzeciwko siebie ustawione ławki, dawniejsze stalle. W jednej z bocznych kaplic na lewo wiszą dwa olejne portrety, nieszczególnego penzla: jeden przedstawia Bolesława Wstydliwego, drugi Gedeona biskupa. Największą ozdobą jest tu obraz przedstawiający św. Stanisława, wskrzeszającego Piotrowina. Jak Sobieszczański utrzymuje, miał on być wykonanym przez nieznanego artystę szkoły flamandzkiej, w końcu XVI, lub na początku XVII wieku. W kaplicy jednak tak jest ciemno, że obraz trudno zobaczyć i ocenić. Jest tu także kilka marmurowych pomników opatów, pochowanych w tu­tejszych grobach.

Kościół cały i wszystkie kaplice malowane na suchem wapnie al-secco; szkoda tylko wielka, że malowidła w części opadły, zwłaszcza w kaplicach; a niewieleby potrzeba, żeby je od ciekącej wody i wilgoci zabezpieczyć. O klasztorze niema co mówić; podtrzymanie tak olbrzymiego gmachu potrzebowałoby wyłożenia znacznych kapitałów, na co nie stać parafian; zresztą gmachy te nie mają dziś celu istnienia; ale podtrzymanie kościoła, który jest niewątpliwie zabytkiem Piastowskich czasów, poprawienie przynajmniej dachu, niewielkich wymaga nakładów. Trudno uwierzyć, aby parafianie tego nie rozumieli i sądzę że brak tu tylko inicyatywy.

Ileż to u nas pamiątek historycznych, pamiątek któreby mogły być chlubą i dumą narodu, marnieje jedynie przez niedbałość i lekceważenie inteligentnych jednostek; bo nie mówimy już o wandalizmie ciemnych mieszkańców, którzy je niszczą, wydzierając ciosowe lub marmurowe futryny na schodki do domów… Kościół w Wąchocku jest piękną pamiątka nietylko parafii, on należy do całego narodu; to też mamy prawo upomnieć tych, do których głównie opieka nad kościołem należy, i niech darują nam za ostre wyrażenia. Obowiązani jesteśmy pisać prawdę, bo czas adoracyi minął.

Przy wyjściu z kościoła zwróciła nasze uwagę ogromna tablica, umieszczona pod chórem; tak wysoko jednak jest przybita, że za pomocą dopiero drabiny mogliśmy przeczytać napis, wskutek wilgoci prawie nieczytelny. Jest to opis cudów, których tu za laską i wstawiennictwem Matki Boskiej ludzie doznali.

W Wąchocku istniał jeszcze kościół famy, również starożytny, lecz zaniedbany, przed kilkudziesięciu laty rozebrany został. Drugi kościółek Ś-go Ducha, wystawiony za miastem z drzewa modrzewiowego, około r. 1815 uległ temu samemu co i pierwszy losowi. Nie daj Boże, aby i ten w jakie lat kilkadziesiąt obrócił się w kupę gruzów.

VIII.

STARACHOWICE

Wyjechaliśmy z Wąchocka. Wózek nasz szybko potoczył się po bitym gościńcu bzińsko-ostrowieckim, który można policzyć do najlepszych dróg w naszym kraju. Mamy jeszcze przebyć przestrzeń trzymilową, jedną z najpiękniejszych w tej okolicy, a linia, która biedz będzie kolej iwangrodzko-dąbrowska, wskazują nam furkające chorągiewki.

Przed nami szosa, jak biała, wijąca się wstęga, rozciągnięta w dolinie; z prawej strony piętrzące się góry i pagórki, pokryte pyszną zielenią różnorodnych krzewów, a wśród nich malowniczo rozstawione białe domki kolonistów. Z lewej znów strony, jak tylko okiem dosięgnąć można, niziny z olbrzymiemi łąkami, środkiem których płynie szerokiem korytem Kamienna, a jeszcze dalej oko zatrzymuje się na czerniejących lasach, przysłoniętych gazą, które służą za ramy do cudownego tego krajobrazu.

Ujechaliśmy dwie, wiorsty. Tu łąki się kończą, a w miejsce ich zarysowała się sino-biaława lustrzana tafla wód olbrzymiego stawu. Blizko trzy wiorsty jechaliśmy jego brzegiem i na piątej wiorście od Wąchocka ukazał nam się pierwszy i największy w tutejszej okolicy zakład górniczy − są to trzy wielkie piece w Starachowicach. Dzień śliczny, jasny, słońca nie przysłania najmniejszy nawet obłoczek, a w całej naturze spokój, zakłócany tylko chyba turkotem kół naszego wózka, lub głośnem kwakaniem przelatującego stada dzikich kaczek, albo w wiklinie gęsto zarastającej brzegi stawu, słychać melodyjne tony słowików. Uwagę nasze zwraca i odciąga ruch na stawie: tam rybacy na lekkich czółnach uganiają się za ryb zdobyczą, która często bywa tu bardzo obfita; ówdzie brzegiem poważne kroczą bociany, odsłoniwszy długie, czerwone swe nogi.

Pragnąc bliżej obejrzeć zakład, zjeżdżamy na lewo, na wąziuchną usypaną z żużla szosę, która biegnie brzegiem murowanej tamy, a ciągnie się blizko pół wiorsty. Przebywamy most rzucony na upuście z ciosowego kamienia i stajemy przed brania zakładu. Gmachy prawie wszystkie utonęły w gęstym gaju drzew różnoliściastych. Budynki zakładu, po większej części murowane, pokryte blachą; oko jednak widza nie ma czasu rozbierać szczegółów, bo w tej chwili całą nasze uwagę zajmują trzy wielkie piece, które na pierwszym planie widnieją i z paszczy swej dzień i noc wyrzucają płomienie.

Większej jeszcze malowniczości dodają temu widokowi osmoleni robotnicy, oświetleni dziwnem światłem rozpuszczonego i długą strugą płynącego żelaza, w skórzanych fartuchach, obuci w drewniane trepki, które wydają głuchy stuk i łoskot po kamiennej posadzce. Jedni z długiemi żelaznemi widłami, inni z hakami i łopatami, albo pchający taczki, naładowane żelazem.

Zakład cały oparty jest o sam brzeg wyniosłej góry i opasany parkanem w słupy murowane; w górze wycięty świeżo las, z białemi szwajcarskiemi domkami, które służą na pomieszczenie robotników i oficyalistów zakładu.

Okolice około rzeki Kamionny dawno już były znane z kopalń rudy żelaznej. Biskupi krakowscy, opaci benedyktyńscy i cysterscy ciągnęli jeszcze w przeszłym wieku ogromne korzyści, przetapiając rudę w tak zwanych dymarkach. Po supresyi zakonów i fabryki przeszły na własność rządu, a z czasem w administracyą banku polskiego. Chwila to była najświetniejsza dla fabryk, zwłaszcza za czasów hr. Łubieńskiego, który między 1840 i 1842 rokiem przebudował zakłady. Wszystkie te wspaniałe gmachy, które dziś widzimy, murowane tamy, z ciosowego kamienia upusty, kosztem banku i jego staraniem były wzniesione. On także był twórcą wykopania kilkomilowego kanału, za pomocą którego pragnął rzekę Kamionnę uczynić spławną. Następnie fabryki znowu przeszły w ręce rządu, od którego zakupił je baron S. A. Frenkiel i wkrótce po nabyciu odstąpił towarzystwu akcyjnemu.

Fabryki, jak wszystkie podobne ówczesne zakłady krajowe, prowadzone starym systemem, były zaniedbane; zadaniem przeto stało się akcyonaryuszów wprowadzić w nich ulepszenia, które rzeczywiście postawiły je dziś w rzędzie pierwszych tego rodzaju zakładów krajowych.

Fabrykami zawiadują administratorzy, naznaczani przez zarząd główny towarzystwa. W pierwszych początkach był tu pełnomocnikiem p. Krysiński, były naczelnik komisyi skarbu, człowiek nadzwyczaj energiczny, a przede wszystkiem serdeczny przyjaciel i protektor młodzieży naszej. To też garnęła się tu ona z całego królestwa; każdy znalazł zajęcie i niejeden w twardej szkole pełnomocnika wychodził na zdolnego i pożytecznego człowieka społeczeństwu. Po rządach p. K. postać rzeczy się zmieniła; administratorów zmieniano często, a ci sprowadzali swych protegowanych, lubo bądź co bądź, zawsze zakłady zapełnione były oficyalistami powiększaj części polskiego pochodzenia. Od roku administracya przeszła w ręce niemieckie i choć p. administrator może być bardzo zacnym, bardzo kompetentnym i energicznym człowiekiem, niemniej jednak wątpić nawet niepodobna, że zechce otoczyć się swymi rodakami i setki naszych, którzy mieli tu uczciwy kęs chleba, zostaną bez dachu i możności wyżywienia rodziny.

Zakład w Starachowicach składa się z trzech wielkich pieców, urządzonych na wzór pieców styryjskich. Dla wytwarzania wiatru, który głównym ma tu być motorem, wybudowano turbinę o sile 60-ciu koni, dwie machiny parowe, każdą o sile 40-tu koni.

Do wytwarzania pary, która utrzymuje wszystkie machiny parowe w ruchu, służy pięć kotłów, ogrzewanych przez gazy wielkich pieców. Również, celem zaoszczędzenia materyału palnego i usunięcia części szkodliwych w rudzie żelaznej przód użyciem jej do przetworu, takowa podlega procesowi prażenia w piecykach rumfordzkich, których tu znajduje się sześć. Materyały przetworzone wożone są z placu do wielkich pieców żelaznemi wagonikami. Dla zaopatrzenia zakładu w wodę, urządzono cztery pompy, z których dwie parowe, a dwie poruszane przez turbinę.

W tutejszym zakładzie są także warstaty mechaniczne, lecz zaspokajają one wyłącznie po­trzeby zakładów, będących własnością stowarzyszonych. Zakład starachowiecki prodokuje rocznie 160,000 centnarów surowizny. Na dobę potrzebuje około 100 robotników, a każdy zarabia dziennie przecięciowo zł. 3 gr. 10.

W odległości 10 wiorst od zakładu znajdują się kopalnie rudy żelaznej różnych gatunków, a tam pracuje około 400 ludzi.

W Starachowicach jest także od lat kilku zaprowadzony „Magazyn spożywczy,” stworzony przez dawnych administratorów, celem dopomożenia biednej ludności roboczej, którą w haniebny sposób wyzyskuje rozsiadła gęsto obok fabryk ludność izraelska. W twórcach tkwiła myśl zacna i szlachetna; cóż kiedy, o ile słyszałem, nie tylko dziś magazyn nie spełnia filantropijnego swego przeznaczenia, ale nawet pod względem handlowym nędznie jest prowadzonym. Przyczyną ma być podobno brak odpowiedniego kapitału, skutkiem czego produkta cząstkowo i nie w czasie właściwym bywają zakupywane. A jednak wielki ciąży obowiązek na chlebodawcach, aby pomyśleć raczyli o tych biednych, ciemnych, a w pocie czoła noc i dzień pracownikach. Niech nam nie weźmie nikt za złe, że mimochodem potrącamy o ten drażliwy przedmiot. Zwiedzając okolicę, zdarzyło się nam nieraz zajrzeć nie do jednego, na oko ładnie, biało i malowniczo przedstawiającego się szwajcarskiego domku. Mój Boże, aż strach powiedzieć ile tam znaleźliśmy brudu i nędzy, ile ubóstwa, choroby, a często ile przekleństw o uszy się nasze obiło!… Kto kierować powinien tym ludem i kto go podnieść moralnie?… odpowiedź na to pytanie nie do nas należy.

WIERZBNIK

O wiorstę jedną od Starachowic oddalone jest małe, liche a zdała już cuchnące miasteczko Wierzbnik, choć domki i kościół na wzgórzu, pokrytem gęsto rozłożystemi polnemi gruszami, malowniczo zdała się rysują. Miasteczko założył Bogusław Boksa Radoszowski, opat benedyktyński i sekretarz j. kr. m., późniejszy biskup kijowski, uzyskawszy od Zygmunta III przywilej w r. 1624. Miasteczko położone jest wśród fabryk żelaznych, a zaludnione przeważnie ludnością izraelską, mającą tu nadzwyczaj wdzięczne i obszerne pole dla swej działalności.

Kościół niewielki, murowany, wzniesiony w roku 1057 przez Stanisława Sierakowskiego opata benedyktyńskiego, sekretarza królewskiego, dość schludnie utrzymany, ale niczem nie zasługuje na wspomnienie.

Z Wierzbnika, przejechawszy wiorstę głębokiego piasku, koniki zsapane wyciągnęły nas na trakt główny. Po prawej stronie mamy ogromny staw; wjeżdżamy w piękny las sosnowy i za kilkanaście minut stajemy przed drugim zakładem fabrycznym, Michałowem.

Zakład michałowski ma piece pudlingowe i wielki młot parowy; produkt ztąd odstawianym bywa na walcownie do Nietuliska. Jest tu także tartak, a cała maszynerya zakładu wprowadzona w bieg siłą wody. Zdaje się, że tu najmniej porobiono ulepszeń i melioracyj.

W Michałowie szosa skręca się nagle na prawo i biegnie po samym brzegu ku Kamienny. Krajobraz mało się zmienił, tylko ramy jego się zbliżyły. Dziarski nasz Krakowiak trzyma krótko lejce, bo koniki, nie czując wielkiego ciężaru po dobrej, jak po stole, drodze, parskają, wyrzucając łby do góry z fantazyą i pragną poswawolić.

BRODY

To też szybko przejeżdżamy Styków, z ładną murowaną karczmą, z młynem i tartakiem wodnym, co wszystko należy do dóbr Chybice; koniki chyżo mkną przez niewielki lasek i wolniej już pną się pod stromą dość górę, za którą ukazują się budynki nowego zakładu. Są to Brody.

Sam zakład, oprócz wspaniałego upustu z ciosowego kamienia i długiej murowanej tamy, gorzej się od zwiedzanych dotąd przedstawia. Mieści w sobie fryszerkę, piece pudlingowe i młoty wielkie, wprowadzone w ruch przez koło wodne. Jest tu także tartak parowy o sile 40 koni, który dziennie przerzyna na różne materyały 80 sztuk drzewa. Jest jeszcze cegielnia, w której wyrabianą bywa cegła ogniotrwała z białej glinki, używana na miejscowe potrzeby zakładów, a głównie potrzebna do wielkich pieców. Dziennie w tych zakładach potrzeba 80 robotników. Okolica przepyszna, zwłaszcza z szosy brodzko-iłżeckiej widok cudowny.

Nad samym zakładem, na górze, rozłożyła się niewielka wioseczka Krynki, z parafialnym murowanym a ładnym kościółkiem, który swą czystością wyróżnia się od wszystkich prawie przez nas widzianych w tej okolicy. Cały świeżo jest odmalowany, ołtarze odnowione, sprowadzono ładne żyrandole, a wszystko to zawdzięcza proboszczowi, który świątynię zupełnie opuszczoną w lat kilkanaście z dobrowolnych składek wyrestaurował.

NIETULISKO

Z Brodów śpieszyliśmy w dalszą drogę. Panorama się zmieniła; otoczeni jesteśmy lasami, łąkami i wodami; domku prawie ani jednego na kilkowiorstowej przestrzeni. Jedziemy blizko godzinę, bo na szosie ruch ogromny; spotykamy pełno wozów: to naładowanych sążniami, to z ogromnemi koszami węgli, to ciężkie, uginające się na drągach wozy z surowizną, to frachtowe olbrzymie żydowskie budy, z transportem walcowanego żelaza, lub elegancki powóz wiozący wyższego jakiego urzędnika zakładów. Można łatwo zrozumieć, ile kolej nowa dobrego uczynić tu może.

Posuwając się tak wolno, przybyliśmy do ostatniego zakładu fabrycznego Nietulisko; tu koncentruje się główne biuro wszystkich fabryk, tu jest magazyn żelaza, gdzie ma swą rezydencyą pan administrator.

Nie dojeżdżając Nietuliska, jak wszędzie, tak i tu pierwszy nam zarysował się staw, do którego prostopadle wyciągnięta idzie długa linia osady, złożona po większej części z dużych murowanych domów. Za kolonią rozsiadły się w równinie ogromne gmachy zakładu, naprzód piętrowy dom, mieszczący biuro i mieszkanie administratora, w środku wielki budynek magazynu, a po bokach ładne domki, przeznaczone dla oficyalistów i robotników. Budowle zakładu są większe i piękniejsze niż dotąd przez nas widziane, murowane i kryte blachą.

Zakład tutejszy składa się z 37 pieców szwejcowych, z których produkt idzie na walcownię dużą i małą rozmaitych kalibrów, która wprowadzona jest w bieg przez koła wodne. Jeżeli fabryka jest w ciągłym i regularnym biegu, to do magazynu wydają rocznie żelaza od 130,000 do 140,000 centnarów. Do obsługi na jednę dobę potrzeba 130 robotników.

Na polach Nietuliska w roku 1851 przypadkiem natrafiono na duże pogańskie cmentarzysko; przybył tu wtedy na grunt archeolog nasz, ś. p. F. M. Sobieszczański, i przy nim bardzo wiele wykopa­no glinianych urn i łzawnic, różnych kształtów.

KUNÓW

archiwalne-8Mamy jeszcze przed sobą dwie wiorsty do przebycia; dążymy do Kunowa, który ma być kresem naszej wędrówki, jako punkt ostatni ziemi świętokrzyzkiej. Szosa biegnie po równinie gładkiej i prostej; na prawo i lewo niziny z plantacyami cukrowych buraków i ogromnemi łanami jęczmienia, bo grunta tu zaczynają się urodzajne. Przeprawiwszy się przez duży most, rzucony na kanale Kamionny, a łączący szosę z miasteczkiem, przejechawszy wreszcie parostajowe błonia, stajemy w dawnym grodzie biskupów krakowskich.

Kunów jeszcze za czasów Kaźmirza Wielkiego był policzony do najludniejszych miast w kra­ju, a zawdzięczał swą zamożność biskupom, którzy tu zdawien dawna przesiadywali. Najdłu­żej tu mieszkał w XIII wieku biskup krakowski Paweł z Przemankowa, znany z rozwięzłych obyczajów, którego życie tak wyczerpująco opisał Kraszewski w historycznej swej powieści „Syn Jazdona.”

W Knowie na początku XV stulecia mieszkał także Zbigniew Oleśnicki, mąż w dziejach głośny. On to nadał swoje przywileje miastu, a tak je obdarzył swobodami, że jeszcze wielu historyków przypisywało mu założenie miasta.

W ostatnich latach administratorem całego kunowskiego klucza był biskup kijowski Józef Załuski, znany w literaturze.

Stanisław August w roku 1787 przejeżdżał przez Kunów, jadąc do Chocimowa, o wiorst parę ztąd oddalonego. Dziś Chocimów jest jedną jedyną pańską rezydencyą w tutejszej okolicy, z nowo wzniesionym pałacem. Właścicielem tego pięknego i wzorowo zagospodarowanego majątku jest p. Popiel.

Kościół w Kunowie murowany, kryty blachą, pod względem architektonicznym nie bardzo się nam podobał; zdaje się że był przebudowanym lub oszpeconym restauracyą. Pierwotny kościół musiał być piękniejszy, o czem przekonywają brama i cały front obmurowania cmentarza, zupełnie innego stylu, z ciosowego kamienia, o wiele okazalsze od całego kościoła i mające wszystkie cechy starożytności. Kiedy został założonym i przez kogo fundowanym, kroniki nie wspominają; prawdopodobnie jednak fundowali go biskupi krakowscy, jako właściciele Kunowa. Wewnątrz świątynia czyściuchna, z kamiennemi ołtarzami dłuta miejscowych artystów, miłe bardzo robi wrażenie.

Mieszkańcy, jak we wszystkich w tej okolicy miasteczkach, trudnią się przeważnie rolnictwem; mając jednak w swych gruntach ogromne pokłady pięknego białego ciosowego kamienia, są prawie wszyscy kamieniarzami. Wrodzony ich talent nieraz nawet znawcę i prawdziwego artystę w podziw mógłby wprowadzić, gdyby zobaczył niejedno pracę tutejszego samouka. Ileż imion stałoby się może chlubą narodu, gdyby im dać choć pierwsze podstawy nauki rzeźbiarstwa! Wszystkie kościoły, nawet stron dalekich, cmentarze, pałace zarzucone są wyrobami, które wyszły zpod ręki tutejszych mieszkańców. Mały chłopczyna, co ledwo młot drewniany unieść może, staje obok ojca, z zamiłowaniem uczy się od niego pierwszych zasad i wkrótce przewyższa swego nauczyciela. Szkoda, jeszcze raz powtarzamy, że nic pomyśli nikt o założeniu tu szkoły rzeźbiarskiej.

Mieliśmy skończyć swą opowieść na Kunowie, ale że zachęcono nas, rozpowiadając o pięknej miejscowości w okolicy miasta i niedaleko ztąd położonej, przeto trudzić jeszcze będziemy i tak cierpliwego czytelnika, i rad czy nierad, już do końca musi dotrzymać nam towarzystwa.

Przez olbrzymie, nagie góry dostaliśmy się do Michowa. Rzeczywiście niema co żałować trudu, bo tak pięknej i oryginalnej okolicy trudno spotkać nawet w Szwajcaryi. Góry, wąwozy, z wystającemi olbrzymiemi skałami, a wszystko urozmaicone najpiękniejszą różnych kolorów roślinnością; każda chatynka w wiosce przylepiona do parowu lub skały, podobnie jak drewniany kościółek parafialny, toną wśród najwspanialszych ogrodów owocowych i grusz dzikich. Podjeżdżamy do dworu; na prawo mamy ścieżkę prawie prostopadłą a wysoką kilkadziesiąt łokci, na niej ogród owocowy, a nad głowami naszemi sterczą nagie korzenie drzew, które za chwilę zdaje się oderwą się od ściany, runą i zawalą nas swym ciężarem; na lewo przepaść bezdenna, z sączącym się wąziuchnym strumyczkiem, umajonym gęstą wikliną, bujną trawą i wodną trzciną. Środkiem wije się drużynka. Na drugiej stronie przepaści i strumyka góry zarośnięte krzakami, miedzy któremi sterczy jedna, większa od wszystkich, naga, z kupa gruzów. Mają to być szczątki starego jakiegoś zamczyska; trudno coś jednak pewnego o niem powiedzieć, bo nawet podań żadnych nie mogliśmy się dopytać.

Otóż pokazałem czytelnikowi wszystko, co tylko w trzymilowym pasie pokazać było można godnego uwagi; a teraz nic mi nie pozostaje, jak odprowadzić go do najbliższej stacyi pocztowej, uścisnąć dłoń jego i powiedzieć: do miłego zobaczenia. Przyszłej wiosny, da Bóg doczekać, objedziemy opatowską ziemię, a i tam znajdziemy wiele ciekawych szczegółów i pięknych miejsco­wości.

1 Już się to obecnie stało – przyp. red.