Święty Krzyż

wpis w: Miejsca | 0

 

Źródło: T. Dybczyński Tajemnice Łysogór, Lwów 1937, s.75-89.

Święty Krzyż już widać – odezwał się Mirski. Za parę chwil wyłonił się cały Święty Krzyż. Na pierwszym planie po lewej stronie szosy stało jakieś obszerne drewniane domostwo. Na wprost szosy dalej widać było bramę więzienną, zamykającą potężne mury jak dokoła twierdzy. Przed samą bramą szosa raptownie skręciła na prawo pod mury klasztoru. – Jak widać, Święty Krzyż leży nie na samym szczycie Łysej Góry, jak sobie wyobrażałem, bo schodzimy teraz cokolwiek na dół – zauważył inżynier. – Tak – potwierdził Tadeusz. – Przed chwilą byliśmy na szczycie idąc drogą. Obecnie zwolna szczyt opada ku wschodowi. Dawny klasztor, obecnie więzienie, leży o parę metrów niżej. – A jaka jest wysokość samego szczytu? – 593 metry nad poziomem morza. – To jednak Łysica o 19 metrów wyższa od tego szczytu – odezwał się Józek. – To znaczy, że znajdując się na dachu kościelnym bylibyśmy na wysokości Łysicy – dorzucił inżynier. – Szkoda, że brak obecnie na kościele wieży jak dawniej – wtrącił Mirski. – Wieża ta była dosyć wysoka, miała ze 30 metrów, jeżeli nie więcej. Z niej był dopiero widok…- Pamiętam! wspaniały widok, na jakieś co najmniej 50 kilometrów dokoła – dodał Tadeusz. – W sprzyjających warunkach widać było z wieży wzgórza Kazimierza nad Wisłą od strony północno-wschodniej, a skałki jurajskie okolic Wolbromia z drugiej strony. – W jaki sposób ta wieża została zniszczona? -zapytała Zosia- Było to 31 października 1914 roku. Austriacy wówczas zmuszeni byli odstąpić z tych okolic wobec skutecznej ofensywy wojsk rosyjskich. Jakiś oficer węgierski, jak się okazało później – Żyd, kazał wieżę wysadzić w powietrze, a przy tym został spalony także dach kościelny. Wiosną następnego roku, kiedy Moskale znowu stąd ustąpili, wojska austriackie zburzyły dzwonnicę i zabrały stąd wszystkie dzwony i miedź z dachu i wieży. Omijając mury więzienia i mając od prawej, południowej strony usiany obficie wielkimi głazami, bardzo stromy, zalesiony stok góry, udano się w stronę kościoła. Poprzez wyniosłe jodły i zarośla przebijała gdzieś w głębi plama jasnej, skąpanej w promieniach słońca polany z sadzawką. – Dokądże idziemy właściwie? – Musimy przede wszystkim dojść na podwórzec kościelny – odrzekł Mirski. Za chwilę wstępowano po mocno zniszczonych drewnianych schodach o kamiennych poręczach na podwórzec, jak się okazało, cały usłany olbrzymimi blokami kamiennymi, stanowiącymi resztki wieży kościelnej. Mirski zaprowadził wszystkich na prawo, w stronę zburzonej i sterczącej cokolwiek niżej niż kościół dzwonnicy. Pochyłość podwórca w tym miejscu była znaczna, tak że poprzez okalający dziedziniec parometrowej wysokości mur było widać nasamprzód z bliska krawędź lasu, jeszcze na górze położonego, w oddali zaś majaczące domki Nowej Słupi, osady u stóp Łysej Góry, poza nią zaś wielki siny wał gór Jelenich, ciągnący się hen ku wschodowi aż gdzieś pod Opatów, oraz bezmiar barwnych pól, usiany zielenią licznych wiosek i smugami zieleni przydrożnej. Od północy rzucała się w oczy ciemniejsza plama góry Chełm, widocznej już dobrze z gołoborza. Wracajmy obejrzeć wnętrze kościoła. Poprzez wielkie ciosy rozwalonych murów świątyni i wieży zaprowadził wszystkich ku drzwiom. – Jak widzę – zauważył Tadeusz – brak tu obecnie na tym oto murze wiszącej oszklonej skrzynki, w której przechowywane były golenie mamuta. – A na cóż to wisiały te kości przed wejściem do kościoła? – Podobno dawniej oglądano je jako kości “wielkoluda”, a że mu nie odmawiano człowieczeństwa, więc i trzymano w pobliżu kościoła. – W tych stronach, zwłaszcza w tak zwanym lessie, czyli w glinie nawianej, która tu pokrywa olbrzymie obszary grubą warstwą w całym Opatowskim i Sandomierskim, dosyć często udaje się znaleźć kości mamuta, nie daremnie też less nazywają także gliną mamutową – objaśnił Tadeusz. Zatrzymano się przez chwilę przed bramą wejściową, przypatrując się przylegającej bezpośrednio do kościoła oficynie klasztornej, wiążącej do niedawna jeszcze kościół z więzieniem. Ostatnimi czasy dopiero oficyna ta została oddana kościołowi i w niej osiedli benedyktyni belgijscy, Polacy, przygotowując tu przyszły nowicjat . Świątynia była otwarta, ale wnętrze kościoła zastano w stanie zupełnej ruiny. Z ołtarzy widać było tylko ślady. Cóż tu wobec tego zwiedzać? Nie tak tu było dawniej – rzekł Mirski. – W tych oto pięciu ołtarzach bocznych znajdowały się piękne obrazy Smuglewicza, słynnego artysty z końca XVIII wieku, w wielkim obraz Świętej Trójcy tegoż mistrza. Kościół ten, choć jednonawowy i niezbyt wielki, sprawiał wówczas bardzo miłe wrażenie. Pośrodku posadzki jest wejście do podziemi, przykryte grubą płytą kamienną. Znajduje się tam mnóstwo trumien z ciałami tutejszych zakonników. […] Rozejrzawszy się po zrujnowanym kościele wszyscy udali się ku drzwiom w głębi, prowadzącym do wielkiego krużganka, w tym miejscu rozchodzącego się w dwie strony. – Jesteśmy teraz w najdawniejszej części tutejszego kościoła. Mury tego krużganka, w których widzicie łukowe, gotyckie sklepienia, przetrwały bez zmian od początków tej budowli, to jest wieku XII. – Cóż to za herby widać na tych łukach? – To herby prawdopodobnie opatów klasztornych z różnych czasów, na ogół stare. – Tu macie herby: Topór, Orzeł, Dębno, Jastrzębiec, Kościesza. – A tu mickiewiczowski Poraj, Pilawa Potockich i herb Prus. W głąb krużganka nie można było pójść, gdyż nasypisko gruzu tamowało wejście do dawniej istniejących w tym miejscu schodów na chór i wieżę kościelną. Zaczęli odczytywać wielką marmurową tablicę łacińską na ścianie. – Tablica ta podaje legendarny opis dziejów klasztoru świętokrzyskiego – objaśnił Tadeusz. – Obok, na drugiej, jest wzmianka o pomordowaniu tutejszych zakonników przez Tatarów. Przez niewielkie, mocno zakratowane okna kolejno wyjrzeli też wszyscy na niewielki czworokątny wirydarz, to jest podwórzec klasztorny. Zarosły trawą, z opuszczoną studnią pośrodku, wydał się zamarłym pustkowiem, jak cały kościół. W zakrystii zastano młodego zakonnika, ojca Klemensa, jednego z owych benedyktynów, którzy przybyli z Belgii, żeby wznowić życie klasztorne na Świętym Krzyżu. Obejrzano w zakrystii na ścianach stare malowidła z zatartymi zresztą różnymi napisami i stare inkrustowane szafy, niegdyś z lustrami. Zakonnik zaś, ojciec Dąbrowski, opowiedział dzieje klasztoru. – Dzieje Świętego Krzyża, jak wszelkich słynniejszych starych budowli, okryte są mgłą tajemniczości i wiele o jego początkach krąży z tego powodu legend. Przypisują niektórzy założenie tutaj kościoła Bolesławowi Chrobremu. Niewątpliwym jest, że za czasów pogańskich istniała tutaj gontyna, a może i zameczek. Na ich miejscu wystawiony był pierwotnie zapewne drewniany kościółek. Według kroniki biskupa poznańskiego Boguchwała z połowy XIII wieku miał tu wystawić kościół dopiero Bolesław Krzywousty, powołując doń prawdopodobnie zakonników z Sieciechowa. Potwierdzają tę wersję i inne stare kroniki. W jednej z nich na przykład jest wzmianka, że opat “Łyśca” w roku 1166 był obecny przy poświęcaniu i uposażeniu klasztoru cystersów w Jędrzejowie. W roku 1260 zawitali tu Tatarzy po zdobyciu Sandomierza i tak jak tam, ograbili i wymordowali wszystkich zakonników. Dopiero Bolesław Wstydliwy sprowadza tutaj znów zakonników i w roku 1270 ówczesnemu opatowi Jakubowi przywraca wszystkie dawne przywileje. W osiem lat później Leszek Czarny raz jeszcze potwierdza nadania swego poprzednika, wyrażając się między innymi w następujący sposób: “Opata Racibora i jego następców oraz kościół Świętej Trójcy, przez naszych przodków fundowany, jako też klasztor pod szczególną opiekę przyjmujemy”. W tych słowach mamy potwierdzenie, że kościół świętokrzyski założony był przez jednego z wcześniejszych Piastów na tronie polskim w Krakowie. Jeszcze później król Łokietek wszystkim wsiom należącym do opactwa tutejszego nadał prawo niemieckie. – A w jakim stylu był kościół pierwotnie wystawiony? – W bizantyjskim. Tak przynajmniej twierdzi w swych kronikach Długosz. Dopiero Kazimierz Wielki kościół zmienił przez powiększenie go, stawiając zakrystię i kaplicę Świętego Krzyża, oraz przód. Otóż w roku 1370 podczas jarmarku Litwini pod dowództwem Kiejstuta, Olgierda i Lubarta napadli ten klasztor, ograbili doszczętnie, zabierając nawet wszystkich napadniętych do niewoli. Zabrali też z sobą Drzewo Krzyża Świętego, które podobno wrócił klasztorowi dopiero Jagiełło, już jako król polski. On też kazał świątynię ozdobić malowidłami, zaopatrzyć w kosztowne organy i pokryć dachem ołowianym. Organy te przetrwały do pierwszego wielkiego pożaru, jaki nawiedził klasztor w roku 1459, kiedy spaliła się też biblioteka i stopił się dach, choć sam kościół ocalał. Biskup Oleśnicki zaraz kazał pokryć kościół dachówką, opat zaś Michał odbudował klasztor. Nawet bibliotekę zaopatrzono w nowonapisane dzieła. Na prośbę również opata Michała Kazimierz Jagiellończyk przeniósł stąd jarmarki do położonej u stóp Łysej Góry Słupi. W roku 1657 pustoszył klasztor Rakoczy, a za Jana Kazimierza Szwedzi. W skutek tych klęsk Święty Krzyż byłby upadł zupełnie, gdyby nie opat Stanisław Mirecki, który w roku 1709 wyjednał w Rzymie pozwolenie na założenie pierwszej kongregacji wszystkich benedyktynów polskich pod nazwą kongregacji Świętego Krzyża, co dawało im wspólną organizację, kontrolę i niezależność od biskupów. W roku 1777 przez jednego z zakonników, nakręcającego w nocy zegar, został klasztor niechcący podpalony i spłonął całkowicie wraz z kościołem, ocalały tylko stare krużganki. I dopiero w trzydzieści lat później konsekrowano nowowybudowany staraniem ostatniego tutejszego opata, Józefa Niegolewskiego, gmach kościoła i klasztoru. W roku 1819 mimo obecności jeszcze 17 zakonników klasztor został tutaj skasowany. Przy kasacie było jeszcze 40 cel, 4 sale i 16 różnych innych pomieszczeń. Stare cenne ornaty i srebra rozdano okolicznym kościołom. Więzienie tu umieszczono dopiero w roku 1852… Ojciec Klemens poprowadził ku sąsiadującej z zakrystią kaplicy Oleśnickich. – Jesteśmy teraz w największym sanktuarium świętokrzyskim – ciągnął dalej – oto w kaplicy tej, zbudowanej w roku 1620, ocalałej przed spaleniem w roku 1777, umieszczone są od tego roku, bo poprzednio znajdowały się w innej, obecnie nie istniejącej kaplicy, relikwie Drzewa Krzyża Świętego. Pokażę je za chwil, tymczasem proszę się rozejrzeć po samej kaplicy. Zaczęto przypatrywać się uważnie kaplicy, zbudowanej w kwadrat, o sklepieniu kopulastym, pięknie malowanym al fresco, jak zresztą całe ściany. – Malowidła te są pędzla artysty Rejchana i pochodzą z roku 1782. Można im się lepiej przyjrzeć wchodząc po tych krętych żelaznych schodach na chórek. Za chwilę chłopcy i dziewczęta spacerowali już po niewielkim, stosunkowo wysoko umieszczonym chórze. – A to co za nagrobek? – spytał Marczyński przypatrując się wspaniałemu, przypominającemu wawelskie grobowcowi. – To grobowiec Mikołaja Oleśnickiego, wojewody lubelskiego, i jego żony, Zofii z Lubomirskich. Postacie wykute są w marmurze, ręce zaś same wyciosane są z alabastru – objaśniał ojciec Klemens.Po chwili wszedł za balustradę i z cyborium, nad którym wisiał malowany na blasze obraz Chrystusa, pędzla szkoły włoskiej, wyjął duży szczerozłoty pięcioramienny w kształcie krzyża benedyktyńskiego, tak zwanej karawiki, relikwiarz z cenną relikwią Świętego Krzyża, dając ją wszystkim zebranym tymczasem przed ołtarzem uczestnikom wycieczki do pocałowania. Kiedy gromadka nasza kierowała się już ku wyjściu z kaplicy, Tadeusz odezwał się jeszcze: – Według tradycji w podziemiach tej kaplicy pochowany jest słynny Jeremi Wiśniowiecki… – Nie można by się dostać do tych podziemi? – zapytał Mirski ojca Dąbrowskiego. – Owszem, można by, lecz biskup zabronił w ogóle zwiedzania podziemi tutejszych – odrzekł. – Ostatecznie, nie ma co tam oglądać. Byłem kiedyś w tym miejscu i widziałem kilka zniszczonych drewnianych trumien, między którymi jest tylko jedna wielka metalowa. Ona to pewnie zawiera śmiertelne szczątki wojownika, tak nam znanego z Trylogii Sienkiewicza. – Sic transit gloria mundi! – wyrecytował poważnie Stach. – Tak. Słusznie. Wszystko przemija! – podchwycił słowa te zakonnik, zapewne mając na myśli to, że przeminą i te czasy, kiedy stary klasztor musi mieć zamiast cel zakonnych więzienne… Ojciec Dąbrowski zaprowadził wszystkich przez krużganek do tej części dawnego klasztoru, w której zamieszkali benedyktyni. Bardzo prędko obejrzano kilka cel, po czym podziękowawszyojcu Klemensowi za oprowadzenie i złożywszy ofiarę na odbudowę klasztoru, opuszczono kościół tą samą drogą, jaką przyszli.

Za poradą Tadeusza udano się na południowe stocze, do tak zwanych Sadzawek, gdzie postanowiono nieco dłużej odpocząć. O jakieś dwadzieścia parę metrów poniżej poziomu, na którym wznosił się kościół św. Krzyża, południowe stocze Łysej Góry załamywało się poziomo, tworząc sporą malowniczą polankę leśną. Pośrodku niej znajdowały się dwie sadzawki, całe zielone od rzęsy wodnej, pełne żab, wyprawiających zwłaszcza wieczorami doniosłe koncerty. Przy jednej z sadzawek, wśród zagłębienia w skale biło źródełko czystej i zimnej wody, spływającej ku sadzawce wąziutką strużynką po kamieniach.

[…] Od Świętego Krzyża ku Słupi prowadzą dwie drogi. Jedna kręta, jezdna, usiana głazami, druga prosta i znacznie krótsza, choć bardziej stroma, a również skalista, zwana “Królewską”, nią bowiem jakoby Jagiełło boso wędrował od Słupi na intencję zwycięstwa nad Krzyżakami. Wycieczkowicze oczywiście wybrali krótszą drogę i zwolnili biegu dopiero w miejscu, gdzie schodzi się ona z tą drugą drogą i gdzie już stocze góry robi się łagodniejsze. Tutaj spotykano od czasu do czasu małe kapliczki, wystawione niegdyś prawdopodobnie jako stacje pielgrzymek do klasztoru świętokrzyskiego. W kapliczkach nic osobliwego dziś nie ma.