W Świętej Katarzynie

wpis w: Miejsca | 0

Źródło: T. Dybczyński Tajemnice Łysogór, Lwów 1937, s. 24-32.

Była zaledwie dziesiąta przed południem, gdy wycieczkowicze kamienistą, pełną jednak uroku drogą, częściowo przez las prowadzącą, stanęli pod murami klasztoru św. Katarzyny.

Już z pewnej odległości poprzez przerzedzone w tym miejscu jodły ujrzano białe mury kościoła i zabudowań klasztornych z dzwonnicą, zakończoną płaską kopułą. […] Za chwilę, przeszedłszy kilka kamiennych schodków, wszyscy znaleźli się w murach dzwonnicy, przechodząc dużą bramą na maleńkie, trawą zarosłe podwórko, dokoła którego biegnie czworokątny krużganek, podparty filarami. W głębi, z prawej strony wiodły drzwi do kościoła, z lewej do klasztoru. W tych ostatnich widać było zakratowane i zasłonięte okienko. […] Dopiero od roku 1816 przebywają tu bernardynki. Dano im tu miejsce po spaleniu się ich własnego klasztoru w Drzewicy, w Opoczyńskim. Dawniej mieszkali tu bracia bernardyni, osadzeni jeszcze w roku 1478 przez biskupa krakowskiego Jana z Rzeszowa, który tu, na miejscu dawnej pustelni, a podobno jeszcze dawniej nawet gontyny pogańskiej, zbudować kazał kościół pod wezwaniem świętej Katarzyny. […]

Kościółek niewielki, nie zrobił osobliwego wrażenia. Obejrzano stojącą w wielkim ołtarzu, rzeźbioną podobno w cyprysie statuę św. Katarzyny, według tradycji w wieku XVII, przywiezioną w ofierze z Algieru, stary obraz Matki Boskiej, obłożony srebrem, zawieszony nad ołtarzem, i nagrobki jakichś Broniewskich.

Kościół był prawie pusty. Kilka kobiet modliło się w nim, klęcząc w czerwonych z czarnymi paskami tzw. zapaskach, powszechnym jeszcze w tych stronach stroju, z kolorowymi, bardzo barwnymi chustkami na głowach. Gdyby nie piękno okolicy, to samym kościółkiem nie mógłbym się zbytnio zachwycać – zauważył inżynier po wyjściu z kościoła.

– Oryginalny jest jednak podwórzec, otoczony krużgankiem – odezwała się Zofia. – Weszliśmy, zdawało się, do kościoła, a tu niebo nad głową, trawa zielona pod nogami, z nieba żar i jasność bijące…

– Obejrzymy teraz kościół z zewnątrz, a może się też da zajrzeć do wnętrza samego klasztoru – zaproponował Tadeusz. Przez otwartą furtkę przy bramie weszli wszyscy na podwórze, przypominające dziedziniec pierwszego lepszego mniejszej nawet zamożności dworku. Z prawej strony niewielkiego drewnianego domku, którego zakratowane okna podziwiano jeszcze z drogi, wyszedł akurat w tym czasie ksiądz, jak się okazało, kapelan tutejszy. Ksiądz kapelan zaznaczył, że klasztor jest teraz ubogi, gdyż ziemi ma bardzo mało i zakonnice muszą dorabiać na swe utrzymania przędzeniem wełny, sprzedażą owoców i jarzyn. – Co wyrabiają zakonnice z wełny? – Robią różne rzeczy: na przykład swetry, kaftaniki, szale. Nie trudnią się jednak wyłącznie zarobkowaniem, muszę dodać bo, oprócz swych obowiązków z zakonnych zajmują się jeszcze wychowaniem i oświatą. Prowadzą ochronkę dla dzieci przychodnich, uczą dzieci i młodzież różnych robót, poza tym dokarmiają biednych, udzielają porad lekarskich i lekarstw – bezpłatnie. – Czybyśmy mogły zobaczyć zakonnice? – zapytała Julia. – Owszem. Proszę, niech panie idą za mną, ale tylko panie… Zofia, Jadwiga i Julia znikły w korytarzu za księdzem. […] Tymczasem panny powróciły z wnętrza klasztoru. – Teraz, moje panie, opowiadajcie, coście widziały u sióstr. – Przede wszystkim widziałyśmy same zakonnice. Niektóre z nich bardzo jeszcze młodziutkie… – odrzekła Zofia. – Najciekawsze, że żadnej z nich nie nudzi sięw tym wiecznym zamknięciu – dorzuciła Jadwiga. – Mówiły nam nawet, że im bardzo miło i zawsze wesoło – uzupełniła Julia. – Zwiedzałyśmy również refektarz, to jest jadalnię klasztorną, w której ksiądz kapelan zwrócił naszą uwagę na piękną starodawną rzeźbę w drzewie, przedstawiającą bardzo realistycznie Pana Jezusa. Pożegnawszy ks. kapelana, po przypatrzeniu się jeszcze kilkumorgowemu sadowi owocowo-warzywnemu, skierowano się najbliższą drogą do lasu. Droga ta zachwilę się rozdwajała. Prosto wiodła w głąb puszczy Łysogórskiej, na prawo prowadziła do słynnego źródła św. Franciszka. – Zeszpecono to miejsce w ostatnich latach przeprowadzeniem kolejki wąskotorowej z Zagnańską – odezwał się Tadeusz. – Żeby to jeszcze dla celów turystyki, byłoby pół biedy. Okupanci austriaccy urządzili tę kolejkę dla wywozu drzewa ze strasznie niszczonej Łysicy. Nawet teraz jeszcze jakaś spółka wycina. W dalszym ciągu najpiękniejszy starodrzew i nie ma nikogo, kto by zapobiegł tej wandalskiej gospodarce. – Słyszałem, że ma być tu już rezerwat zauważył inżynier. – A tak. Zaprowadzono rezerwat, ale wtedy, gdy już zabrakło na Łysicy najpiękniejszych jodeł, buków i modrzewi i tylko nie wykarczowane pnie po nich sterczą w morzu krzewów i paproci. Szeroka w niezłym stanie droga wśród gąszczu zawiodła do sporej okrągłej polany, odgrodzonej od lasu parkanem. Środek polany zajmowała kapliczka, przed którą o kilkanaście kroków ujrzano słynne w tych stronach źródło św. Franciszka. Przedstawiało się ono w postaci płaskiej okrągłej cysterny, omurowanej schodkowato i obwiedzionej gęstym drucianym ogrodzeniem. W głąb polany wiodła otwarta stale furta, koło której widniał znowu niewielki kamienny basen, do którego podziemną rynną spływał nadmiar wody ze źródła. Z rynny tej zaczerpnięto wody na próbę. Była zimna i świeża, orzeźwiająco smaczna. Uderzyło wszystkich, że z płaskiego, pokrytego czystym piaskiem dna źródła co parę minut to w jednym, to w drugim miejscu wytryskują banieczki jakiegoś gazu, bulgocąc i mącąc na chwilę powierzchnię wodną. – Woda ta, nie dziwię się, że uchodzi w całej okolicy za cudowną i leczniczą – odezwał się Mirski – dobywając się gdzieś ze starych geologicznie skał Łysicy, posiada bez wątpienia w sobie dużo promieniotwórczości… – Może tu gdzie można by się też dokopać pokładów jakiejś rudy uranowej czy innej, zawierającej rad? – wtrącił Stach. – Poszukiwań tu nie robiono dotąd – wyjaśnił Tadeusz. – Zbadano ogólnie tylko te kwarcyty. Wiadomo, że należą do systemu kambryjskiego, więc najstarszego z ery paleozoicznej. – Na cóż tu stoi ta kazalnica? – zapytała Julia zatrzymując się przy schodkach, wiodących na niewielkie, oparte na słupkach podwyższenie. – Dawniej, przed wojną, tego wszystkiego tu nie było – zauważył Mirski – nie było też ani ogrodzeń, ani kazalnicy, ani tych ławek dokoła. Nawet sama kapliczka inaczej się przedstawiała, będąc frontem zwrócona ku zachodowi. Ze starej pustelni przez obicie deskami zrobiono zwykłą kapliczkę, jakich wszędzie wiele. […] Wkrótce wszyscy ruszyli z powrotem w stronę kościoła, podziwiając z tego miejsca bardzo malowniczy widok klasztoru na tle oddalonej Góry Bukowej.