Przygody artystów na Świętym Krzyżu i w Bodzentynie

wpis w: Ciekawostki | 0

Źródło: Franciszek Kostrzewski, Pamiętnik, Warszawa 1891, s. 50-60.

Podczas pobytu mego w Kielcach u Zielińskiego [Tomasza Zielińskiego, kolekcjonera, mecenasa i naczelnika powiatu kieleckiego − przyp. red.], pewnego dnia, kilku panów, zwiedzało słynną galeryę obrazów i pamiątek.

Byli to książę Kazimierz Lubomirski, znany kompozytor muzyczny; Piotr Jaksa Bykowski, niedawno zgasły zasłużony literat, Anielewski guwerner u Lubomirskiego i Zapolski obywatel z Wołynia, nadzwyczajnej piękności mężczyzna, później mnich osiadły we Włoszech.

Cała ta drużyna wybrała się w celu zwiedzenia niektórych okolic w Sandomierskiem, a głównie dla poznania słynnej Łysej Góry.

Razem więc z nimi i ja wybrałem się w tę podróż, która nam dość zabawnie wypadła. Jaksa Bykowski, w owym czasie zamożny jeszcze obywatel, posiadał niezrównany humor. Najętemi furmankami podążyliśmy na Łysą Górę. To miejsce, rysowane i opisywane już nieraz, znane jest ogółowi.

Naszą wycieczkę jednakże z innego względu opiszę. Przybyliśmy już samym wieczorem na wierzch góry pod klasztor. Noc była dość ciemna i na górze naturalnie wilgotna.

Zadzwoniliśmy do furty klasztornej, przez szparę furtyan zobaczywszy kilku ludzi w kapeluszach fantastycznych i dosyć, mimo chłodu, wesołych, wziął nas za zbójców, i do klasztoru nie wpuścił; co się ogromnie Bykowskiemu po­dobało. Machnęliśmy ręką na tę niegościnność i ostrożność, i nazbierawszy suchych gałęzi rozpaliliśmy wielkie ognisko; a posiliwszy się zabranemi z Kielc prowizyami, po kilku łykach wybornego wina, otuleni od wilgoci w płaszczu i plotły, legliśmy koło ogniska, i gwarząc wesoło noc całą, doczekaliśmy się dnia białego.

Tysiąc anegdotek różnego kalibru urozmaicało nam ten dziwny nasz nocleg.

Nareszcie po trudach dostaliśmy się do klasztoru, bogatego w obrazy Smuglewicza, a Kazimierz Lubomirski wyjednał zwiedzenie grobów pod kościołem, gdzie odszukaliśmy któregoś Lubomirskiego, spoczywającego w tem miejscu. Po otworzeniu trumny, znaleźliśmy naturalnie zeschły szkielet. Na pamiątkę uciął pan Kazimierz kawałek atłasu z żupana nieboszczyka; kawałek ten atłasu był jeszcze koloru amarantowego i tak mocny, że rozerwać się nie dawał. Ciekawym, czy dzisiejsze wyroby będą tak trwałe; ale ponieważ przekonać się prawdopodobnie nie będę mógł, więc daję za wygraną tej sprawie.

Zrobiła się przecudna pogoda, która, błogo na nas oddziaławszy, do dalszej wycieczki zachęciła. Pomijam niedawno przez Andriollego illustrowane osobliwości i nadmienię tylko, iż schodząc z góry, pożegnaliśmy kamienną postać, która na klęczkach bardzo powoli idzie ku górze (co dodaje nam otuchy, gdyż według opowiadania miejscowego leśnika, skoro dojdzie do wierzchu, koniec świata nastąpi), i pojechaliśmy malowniczą drogą do miasteczka Bodzentyna.

Dojeżdżając do miasta, Bykowski zaproponował nam, abyśmy prowincyonalnych aktorów udawali. Z chęcią na tę dziwną propozycyą przystawszy, powyginaliśmy fantastycznie kapelusze, a że ówczesna moda wymagała w szerokich rękawach u surdutów kolorowych podszewek, wywróciwszy więc na lewą stronę nasze tużurki, wyglądaliśmy dość zabawnie.

Gdyśmy w rynku na dwóch brykach się zatrzymali, otoczono nas odrazu. Między ciekawą publicznością widać było kilka starych mieszczanek w charakterystycznych pelerynach z białym jak śnieg futrem (była to Niedziela i dzień gorący). Peleryny te nazywano „Dyzabelkami” i były z jasno-błekitnej grubej jedwabnej adamaszkowej materyi, na głowie zaś z zadziwiającą sztuką w dziwnych ksztaltach zawiązane, wielkie białe chustki. (Bodzentyn jest miastem rodzinnem Józefa Szermentowskiego […]).

Weszliśmy do dużej oberży; tu zaraz za nami zaciekawieni mieszczanie. Bykowski więc krótko a węzłowato przemówił do nich i zapytał, czy chcą zobaczyć tureckiego baszę ze swoim dworem?

− A juści! − była odpowiedź.

Przeciągnęliśmy szpagat przez pół izby, a ugrupowawszy się około kochanego pana Piotra, rozpoczęliśmy przedstawienie.

Bykowski tedy, zrobiwszy z ręcznika naprędce turban, usiadł na stole po turecku, my za nim, i zaczął uroczystą mowę w języku świeżutko zaimprowizowanym. Musieliśmy gryźć sobie języki, by nie wybuchnąć śmiechem, patrząc na zaciekawione i pootwierane gęby szanownej publiczności. A mówił pan Piotr jak natchniony, raz głośno i wolno, to znowu ciszej nieco, a gdy westchnąwszy, jęknął, z oczyma w pułap zwróconemi, widać było rozrzewnienie na twarzach słuchaczy. Nareszcie zamilkł, a dobywszy z kosza naszego szklankę kolorową, napełnił ją po brzegi winem, co nam jeszcze zostało, i krzyknąwszy: „W wasze niezawodne ręce!” − spełnił toast.

Tu radość publiczności nie miała granic i rozpoczęła się gwarna biesiada. Publiczność uważała tu dopiero za wstęp do przedstawienia, co zmiarkowawszy, pod pozorem zmiany kostiumów, dobraliśmy się do naszych bryczek i drapnęliśmy galopem z miasteczka. Mijając już ostatnie domowstwa, słyszeliśmy nie bardzo uprzejme komplementa i spostrzegliśmy kilka kamieni, rzuconych za nami na pożegnanie!

Nie wiem, czy komu dziś udałoby się tak bawić, ale my długo nie mogliśmy się dość naśmiać z naszej wyprawy. Powróciliśmy do Kielc w doskonałych humorach […].