Powstańczy matecznik. Ziemia świętokrzyska w powstaniu styczniowym

wpis w: Zdarzenia i zjawiska | 0

O powstaniu styczniowym i powstańcach styczniowych w rejonie Gór Świętokrzyskich z prof. Wiesławem Cabanem rozmawia Wojciech Kalwat.

Powstanie styczniowe było jednym z najbardziej wstrząsających przeżyć dla narodu polskiego, także dla mieszkańców Gór Świętokrzyskich. Dlaczego ten teren był tak ważny dla powstania?

Górzysty i pokryty gęstymi lasami teren idealnie nadawał się do działań partyzanckich. Ważną sprawą było funkcjonowanie licznych zakładów przemysłowych, kuźnic i kopalni w ramach tzw. Zagłębia Staropolskiego. W centrum tego okręgu leżał Suchedniów − tutaj miała być zbudowana baza i tutaj miał się znajdować ośrodek produkcji uzbrojenia, przynajmniej na początku białej broni. Lepszego miejsca nie było. Co prawda mieliśmy jeszcze Zagłębie Dąbrowskie, jednak było ono za blisko granicy z Prusami, a ukształtowanie terenu było znacznie gorsze. Były to dwa powody, dla których plany osób przygotowujących powstanie specjalnie wyróżniały Góry Świętokrzyskie. Bliskość żyznych terenów powiatów stopnickiego, opatowskiego i sandomierskiego, powodowała, że w miarę łatwo było wyżywić partyzanckie partie. Ważnym argumentem było wreszcie bliskość Galicji. Kontakty tutejszej ludności z Galicją były bardzo ożywione i niezbyt trudne. A przecież zza kordonu spodziewano się wydatnej pomocy.

Powstanie poprzedzone było manifestacjami patriotycznymi. Czy sytuacja na omawianym terenie była podobna do tej innych części Królestwa Polskiego?

Zaangażowanie polityczne, swojego rodzaju przebudzenie – używa się także określenia rewolucja moralna, chociaż nie jestem do końca do niego przekonany – nastąpiło nieco później, niż w innych częściach Kongresówki. Wiadomo – najpierw była Warszawa. Dużo aktywniejsze niż Świętokrzyskie było Kaliskie i Lubelszczyzna. Przebudzenie narodowe, niepodległościowe i religijne – bo oba nurty się mocno przeplatały – to słynny odpust na Świętym Krzyżu 14 września 1861 roku. Jeśli po wydarzeniach lutowych 1861 roku w Warszawie, a już na pewno później, po krwawej masakrze na Placu Zamkowym w kwietniu tegoż roku, w całym Królestwie manifestacje religijno-patriotyczne były dość intensywne, to rejon Gór Świętokrzyskich pozostawał trochę z boku. Takie przebudzenie nastąpiło dopiero we wrześniu 1861 roku. Oczywiście, mniejsze incydenty były, ale nie na taką skalę.

Co się takiego stało podczas owego odpustu?

W XIX wieku Święty Krzyż był bardzo ważnym miejscem pielgrzymkowym. Walery Przyborowski, znakomity historyk powstania, zresztą wywodzący się z Domaszowic pod Kielcami, opisał sunące na odpust pielgrzymki – czy, jak się wtedy mówiło, kompanie, które „zrewolucjonizowały” miasteczka i wsie Gór Świętokrzyskich. Na pewno spowodowały ferment umysłowy i właśnie od tego momentu zaczyna się bardzo intensywna działalność polityczna. Ale 14 września 1861 roku był pewnym przełomem, jak zresztą podobne uroczystości rok później. Wówczas duchowieństwo diecezji sandomierskiej ze słynnym księdzem Kacprem Kotkowskim, bardzo aktywne politycznie, zdecydowało się na akces do czerwonych i tym samym zaakceptowało program walki o niepodległość i przemian społecznych.

Inspiracja z zewnątrz trafiła na podatny grunt?

Oczywiście. Trzeba pamiętać, że w Kielcach przez pewien czas pracował brat Kajetana Janowskiego, sekretarza Rządu Narodowego. Nawiasem mówiąc, pracownicy sądownictwa byli najaktywniejszymi spiskowcami. Wracając do Świętego Krzyża − pielgrzymowano tam z całego Królestwa, a nawet z Galicji. Po powstaniu styczniowym to zanikło.

Aleksander Wielopolski wywołuje brankę mówiąc, ze nabrzmiały wrzód trzeba rozciąć. Jak wyglądał początek powstania w ziemi kieleckiej?

Zaplanowano kilka ataków na garnizony rosyjskie, ale atak na Kielce się nie powiódł, w zasadzie nie do końca nie wiadomo, dlaczego. Liczono na przyłączenie się żołnierzy z rosyjskiego garnizonu. Sprawa tzw. rewolucyjnej współpracy polsko-rosyjskiej, pozyskiwania rosyjskich żołnierzy i Polaków, pełniących służbę w wojsku carskim dla powstania nie jest do końca wyjaśniona. W każdym razie Kielc nie udało się zdobyć, natomiast udał się atak na Bodzentyn. Ciekawe jest tu działanie organizacji spiskowej, czy raczej struktur podziemnego państwa – bo takie budowano od 1861 roku. Do zajęcia Bodzentyna przygotowywano się wcześniej, organizowano spotkania z rosyjskimi wojskowymi (nierzadko suto zakrapiane alkoholem). W chwili ataku Rosjanie nie bardzo wiedzieli, co się dzieje. Powstańcom udało się wejść do Bodzentyna; co prawda niedługo później miasto zostało odbite, ale dla rosyjskiego dowódcy garnizonu, gen. Ksawerego Czengierego, było to ogromne zaskoczenie. Po incydencie bodzentyńskim pościągał do Kielc oddziały z Chęcin, Jędrzejowa i innych miejscowości. Uważał bowiem, że wcześniej czy później miasto zostanie zaatakowane. Generał sądził, ze z uwagi na położenie Kielc powstańcy będą tam chcieli założyć centrum dowodzenia.

Po niezbyt fortunnym wybuchu siły polskie koncentrują się w Wąchocku. Przez jakieś dwa miesiące serce powstania biło przy dowódcy tego ugrupowania Marianie Langiewiczu. Zastanawiające, że Rosjanie pozwolili mu działać tak długo. Przecież działania Langiewicza były jawne. Można wręcz mówić o jedynej w tym powstaniu w miarę regularnej kampanii wojennej.

Istotnie, Langiewicz działał wtedy jawnie. Wojsko było w nieustannym marszu, a dowództwo rosyjskie nie bardzo mogło sobie z nim poradzić. Przypomnę tylko, że głównym ośrodkiem – stolicą guberni – był Radom, gdzie dowodził gen. Aleksander Uszakow. Kilkanaście lat temu Witold Dąbkowski napisał ciekawy artykuł o Włodzimierzu Dobrowolskim, szefie sztabu Uszakowa. Co ciekawe, Dobrowolski, Polak przecież, był związany z tzw. komitetem oficerów w armii carskiej, w Kieleckiem uważano jednak, że zaprzedał sprawę polską. Tymczasem skrupulatna analiza Dąbkowskiego wykazała, że jako szef sztabu miał bardzo duży wpływ na kształt działań rosyjskich. Dobrowolski musiał być bardzo sprytnym człowiekiem − przez długi czas nie dał poznać, że tego powstania tak naprawdę nie tępi. Świetnym przykładem jest bitwa pod Małogoszczem – Dobrowolski się spóźnił, zupełnie nie wiadomo, dlaczego. Przecież Rosjanie mieli wtedy realną szansę na zniszczenie oddziału Langiewicza. Nie udało im się to. Wprawdzie poległa ponad setka powstańców, ale przecież oddział dalej funkcjonował. Dobrowolski zawsze był w stanie się wytłumaczyć: że nie można było szybciej, bo droga nieprzejezdna, albo że chłopi furmanek nie dostarczyli. Jego wyjaśnienia trudno było sprawdzić. Tak więc możliwość działania Langiewicz w niemałym stopniu zawdzięczał właśnie Dobrowolskiemu. Jednocześnie trzeba pamiętać, ze sam Czengiery się przestraszył, podobnie jak większość dowódców w poszczególnych guberniach. Noc styczniowa była szokiem dla Rosjan – to był niewątpliwy sukces powstańców. Rosjanie dość długo nie mogli się pozbierać i nie wiedzieli, jaką taktykę mają przyjąć, aby zlikwidować bandy miniateżników, jak wtedy mówiono. Sam Czengiery wypracował jakieś skuteczniejsze metody dopiero wiosną 1863 roku − wtedy będzie robił wszystko, aby odciągnąć od powstania chłopów. Zdawał sobie sprawę, że wśród nich właśnie powstańcy mają oparcie.

Czy Langiewicz, widząc zaskoczenie Rosjan, nie powinien działać bardziej ofensywnie, zamiast organizować się w Wąchocku? Czy nie lepszym pomysłem byłoby pójść za ciosem i opanować tyle terenu, ile się da?

Rosjanie byli zaskoczeni, ale dowódcy oddziałów powstańczych nie mogli się porozumieć. Tak było np. z Langiewiczem a Apolinarym Kurowskim, dowódcy na tzw. województwo krakowskie. W powstaniu wiele rzeczy było przegranych właśnie przez ten brak współdziałania między oddziałami. Gdyby Langiewicz i Kurowski współpracowali, to jestem przekonany, że Langiewicz mógłby utrzymać się dłużej. Tymczasem Kurowski nie miał żadnego przygotowania. Był rewolucjonistą, ale to nie wystarczy, żeby być dowódcą. Oddziały powstańcze były kompletnie niezorganizowane. Potrzebowały czasu by okrzepnąć, przyzwyczaić się do rygorów wojskowego życia.

Langiewicz umiejętnie kluczy. Rosjanie nie mogą go zniszczyć. Wreszcie ostatnia bitwa – Grochowiska. Zwycięstwo. Oddziały rosyjskie rejterują. Nagle zwycięski oddział powstańców przestaje istnieć. Co się stało? Czym wytłumaczyć decyzję Langiewicza – wówczas dyktatora powstania – o przekroczeniu kordonu?

Zdaje się, ze ocena sytuacji była trafna. Langiewicz działał, ale nie miał pomocy z zewnątrz. Jeśli chodzi o sprawy wojskowe, to warszawski Komitet Centralny, a później Rząd Narodowy, nie miał wizji. Wszystko było rozproszone, a każdy oddział działał na własną rękę. Tak było do czasów Romualda Traugutta. Przedtem nie było żadnej koordynacji. Langiewicz wiedział, że mimo zwycięstwa jest osaczony i nie ma wsparcia. Uważam, że podjął słuszną decyzję: wycofujemy się do Galicji i tam odpoczywamy, uzupełniamy amunicję, broń, żywność etc. Potem wracamy. W wielu pamiętnikach widać ogromne rozgoryczenie żołnierzy, którzy nie rozumieli tej decyzji. A przecież nie było koordynacji działań powstańców, nie było zabezpieczenia aprowizacji, wieczne problemy z bronią – przecież z dostaw z Zachodu do powstańców docierała niewielka część. Proszę zwrócić uwagę, że później jeden z dowódców, Dionizy Czachowski, zrobił podobnie – rozpuścił oddział i przeszedł do Galicji.

Wydaje się, że kiedy Langiewicz toczył walki, Kraków niespecjalnie mu sprzyjał. Zwolennicy Mierosławskiego rozpętali jakąś dziwną nagonkę przeciw niemu, wykupując nawet broń, przeznaczoną dla oddziału Langiewicza. Czym to tłumaczyć?

Demagogią. Mierosławski głosił hasła, które pociągały młodych ludzi. Został ustanowiony przez Rząd Narodowy dyktatorem, następnie przybył na Kujawy, w kiepskim stylu przegrał dwie potyczki, potem znalazł się w Krakowie i mącił. Rola Mierosławskiego była tutaj bardzo negatywna – zresztą nie tylko wówczas, także we wcześniejszej działalności politycznej, zwłaszcza w Szkole Wojskowej w Genui, która miała przygotowywać dowódców powstania. Mierosławski by demagogiem, który wiecznie intrygował; ponadto uważał się za wielkiego dowódcę, tymczasem nie miał pojęcia o wojskowości. Ponieważ część młodzieży uważała go za wzór – wszak walczył w powstaniu listopadowym i podczas Wiosny Ludów − był postrzegany jako zawodowy rewolucjonista. Jednak sprawie polskiej w tym czasie mocno szkodził.

Langiewicz przekroczył Wisłę i został internowany w Galicji. W terenie rozpoczęła się już typowa wojna partyzancka. Którzy dowódcy partyzanccy szczególnie się wyróżnili?

Po wyjściu Langiewicza niewiele się działo. Organizacja cywilna próbowała stworzyć jakieś oddziały. Na teren kielecczyzny wkroczył Zygmunt Chmieleński i to właśnie on „rozruszał” działania. Chmieleński miał duże przygotowanie wojskowe, był przecież carskim oficerem. Nade wszystko miał jedną bardzo ważną zaletę – podporządkowywał się zaleceniom Wydziału Wojny Rządu Narodowego. Kiedy tylko pojawił się gen. Józef Hauke-Bosak, także oficer armii carskiej, Chmieleński szybko mu się podporządkował i został jego szefem sztabu. Obaj odnieśli potem świetne zwycięstwa w rejonie Gór Świętokrzyskich. To przekonało Traugutta o konieczności stworzenia regularnej armii; dyktator uznał bowiem, że partyzantka nie osiągnie zamierzonych efektów. Jednak na to było za późno. Były dwa powody, dla których Traugutt się na to zdecydował: wspomniane już ukształtowanie terenu w Świętokrzyskiem oraz zachowanie chłopów. Otóż w tamtym czasie chłopi zaczęli aktywnie wspierać powstanie.

Jaka była postawa cywili? Czy prawdziwy jest obraz chłopa zdrajcy, który znamy z utworów Żeromskiego

Nie powinno się ulegać magii dzieł literackich, choć to w dużej one tworzą świadomość historyczną. Przypadki zdrady zawsze się zdarzały, nie tylko ze strony chłopów. Jestem w stanie wymienić zdrajców z każdej grupy społecznej, nawet księży. Ale nie możemy uogólniać. Kiedyś próbowałem obliczyć, ilu chłopów z tych terenów zostało zesłanych na Syberię za udział w powstaniu. Muszę stwierdzić, że była to bardzo duża grupa. Oczywiście, jeśli weźmiemy pod uwagę stosunek liczby wszystkich zesłanych do liczby chłopów, to wskaźnik będzie niewielki, ale trzeba pamiętać o tym, że inaczej traktowano chłopa, inaczej mieszczanina, a inaczej szlachcica. Sam Czengiery uważał, że chłopów nie trzeba zsyłać – wystarczy obić i dać dozór policyjny, ewentualnie nadać ziemię. Wtedy na pewno chłop będzie spokojny. Niemniej postawa chłopów była bardzo aktywna. Kiedyś miałem wątpliwości odnośnie do wieszania chłopów przez dowódców powstańczych. Bardzo często taki wyrok wydawano na podstawie donosów. W ten sposób stracono 600 do 900 chłopów. Wyliczenia te są bardzo dokładne, dokonane w oparciu o wszystkie możliwe źródła. Wracając do tematu: takich donosów nikt nie sprawdzał. Ktoś doniósł, że ten i ten współpracuje z Rosjanami i natychmiast wydawano wyrok śmierci. Opinie o postawie chłopów wielu badaczy wydawało przez pryzmat takich wyroków, a to zniekształca obraz. W pamiętniku Ludomira Grzybowskiego, mieszkańca Chęcin, jest stosowny fragment: otóż autor nie mógł się nadziwić, dlaczego bez wyroku powieszono chłopkę. Po prostu ktoś powiedział, że nie sprzyja powstańcom i donosi − to wystarczyło. Uważam, ze powstańczy terror nie był właściwie stosowany.

Wspomniał pan, że chłopi zaczęli popierać powstanie. Dlaczego?

Rząd powstańczy obiecał ziemię. Zwłaszcza Langiewicz przysłużył się akcji pozyskiwania chłopów, wysyłając emisariuszy do poszczególnych parafii. Tam odczytywano dekrety rządu o tym, że chłopi idący do powstania otrzymają ziemię. Jednak to nie wystarczyło, bowiem takie manifesty chłopi już nieraz słyszeli. Toteż w dokumentach mówiło się jeszcze o czymś szalenie ważnym: chłopi mieli nie płacić czynszu dziedzicowi. Zaczęli rozumieć, że walka o niepodległość jest również walką o ich położenie. Rząd zwracał się do nich jako do obywateli – do tej pory to określenie było zarezerwowane dla szlachcica. To dało efekt. Trzeba także pamiętać o rosnącej świadomości narodowej chłopów, zwłaszcza tych z dóbr rządowych, którzy już wcześniej walczyli o swoje prawa i mieli długotrwały kontakt ze spiskowcami.

Śledząc losy Polaków służących w armii carskiej i w szeregach powstańczych, można zaryzykować stwierdzenie, że była to wojna polsko-polska. Langiewicz dewastuje majątki Wielopolskiego, Polak Dobrowolski goni Polaka Chmieleńskiego, takich przykładów było znacznie więcej. Czy tych Polaków, którzy służyli w carskiej armii, można nazwać zdrajcami?

Tutaj mamy pewien mit, utrwalony przez postacie Hauke-Bosaka, Zygmunta Padlewskiego, Sierakowskiego, Chmieleńskiego. Nawet Traugutta. Oni wszyscy przecież byli w armii carskiej. W dobie powstania styczniowego w rosyjskim korpusie oficerskim było co najmniej 20 tys. Polaków. Ilu z nich przeszło na stronę powstańców? Najwyżej pięć procent. Przede wszystkim część poprosiła o przeniesienie w głąb Rosji, nawet na Syberię – żeby nie dokonywać wyborów. Część wycofała się, uznając, że powstanie nie ma szans. Niektórzy po prostu nie chcieli poświęcić kariery w armii. Niestety nie potrafię powiedzieć, jakie są liczby. W każdym razie jest mitem, że z armii carskiej przyszło do powstania tak wielu Polaków. Mowa tu o oficerach; historycy naliczyli ok. 800 (najwyżej 1 tys.) prostych żołnierzy, którzy przeszli na stronę powstańców. Jednak nie wiadomo, kim oni byli – równie dobrze mogli to być zwykli dezerterzy.

Jednocześnie mamy osoby, które miały szanse na wspaniałe kariery w Rosji, chociażby Hauke-Bosak. Znalazłoby się wielu innych. Jak to jest – naród, który przegrywa, państwo, którego nie ma, a jednak posiada tak duże zdolności asymilacyjne.

Każdy z tych przypadków należy rozpatrywać oddzielnie, tutaj nie znajdziemy żadnej reguły. Są po prostu ludzie przekonani do swych idei. Hauke-Bosak, Sierakowski – oni widzieli rozkład i demoralizację armii carskiej, zwłaszcza korpusu oficerskiego. To byli młodzi ludzie, którzy wierzyli, że mogą wiele zmienić. Dlatego odcięli się od tego, co panowało w carskiej armii, uważając, że w niej nie ma dla nich miejsca. Trudno powiedzieć, kiedy i dlaczego w każdym z nich obudziło się poczucie polskości.

Na koniec pytanie z zakresu historii alternatywnej: czy powstanie miało szanse, czy dało się zrobić cos więcej? A co byłoby, gdyby powstanie nie wybuchło?

Nie mam wątpliwości, ze branka jedynie przyspieszyła powstanie, które i tak by wybuchło − z ta różnicą, że było planowane na maj. Gdyby widziano sens współpracy z rewolucjonistami rosyjskimi, termin mogły być jeszcze odłożony. Czy dobrze, że tak się stało? Z uwagi na kwestię chłopską z pewnością. Nie wierzę, aby uwłaszczenie było możliwe w innej sytuacji. W kategoriach moralnych powstanie styczniowe wywarło ogromny wpływ na polską myśl polityczną drugiej połowy XIX i pierwszej XX wieku. Zaś legenda powstania styczniowego była daleko żywsza niż powstania listopadowego. Szans bez interwencji z zewnątrz powstanie nie miało. A szans na tę interwencję także nie było. Byliśmy skazani na przegraną.

A co zostało z tego powstania? Wspominał pan o micie, który był przecież ważny. Czy klęska umocniła w jakiś sposób naród?

Niewątpliwie klęska powstania styczniowego była wielka. Dotknęła większość polskich rodzin. Dlatego te tradycje są tak pielęgnowane. Czy czegoś się nauczyliśmy? Piłsudski niewiele. Trochę złośliwie można stwierdzić, że taką samą metodę próbował zastosować w 1914 roku. Uważał, że jak będzie wymyślony Rząd Narodowy i jego pieczęć, to wszyscy Polacy pójdą do legionów. Tymczasem nie zadziałało, mistyfikacja z rządem narodowym się nie udała. Może społeczeństwo było trochę zmęczone – w międzyczasie była rewolucja 1905 roku. Dla mnie powstanie styczniowe miało ogromny wpływ na myśl polityczną, zarówno prawicową, jak i socjalistyczną. Każdy sięgał do powstania styczniowego, ale każdy będzie rozumiał pewne rzeczy inaczej. Natomiast nie sądzę, żeby w 1944 roku ktokolwiek z tych, którzy zadecydowali o powstaniu warszawskim, brali pod uwagę tragedię powstania styczniowego.

Dziękuję za rozmowę.