Opis drogi i krajobrazu piórem Franciszka Maksymiliana Sobieszczańskiego

wpis w: Przyroda | 0

Z Szydłowca udaliśmy się do Wąchocka. Mieliśmy za to ciągle piękne widoki, bo kraj coraz stawał się górzystszym, a łąki i wzgórki lasami okryte, pomiędzy któremi role gospodarskie wyglądały, przyjemnie urozmaicały drogę. Za Wierzbicą, lichem miasteczkiem, jeszcze piękniejsze są widoki, a pod samym Wąchockiem najbardziej zajmujące, bo oto wzgórza któremi jechaliśmy, a które z dala ciągłą równiną być się zdawały, nieznacznie posuwają się w górę i nagle przerywają się obszernym, że tak powiedzieć można, wąwozem. W nim to leży niewielkie miasteczko, pośród którego panują z dala czerniące się mury klasztoru Cystersów; smugi przerżnięte rzeką Kamienną ciągną się w poprzek, a z drugiej strony w górę wspinają się łany, po zebranem zbożu ścierniskiem bielejące, albo jeszcze zieloną jarzyną naprzemiany okryte. Widok to był śliczny i godny pędzla artysty; całą jego tylko winą iż jest krajowy, bo gdyby taki za granicą znajdował się, naprzódby go zdjęto na płótno i papier, a potem dawnoby po salonach naszych amatorów był znany.

Opuściliśmy Wąchock udając się drogą ku św. Krzyżowi. Długo jeszcze za nami wspaniale bieliły się mury tych ruin, ze wszystkich stron malowniczo wyglądające. Widoki zaś były coraz to rozmaitsze i piękniejsze. Przy drodze bitej górniczej, doskonale utrzymywanej, wężykiem wśród pagórków wije się rzeka Kamienna, mająca z jednej strony spadziste wzgórze krzakami zarosłe, z drugiej obszerne łąki; za nią znowu lasy na wzgórzach, a między niemi zakłady górnicze w Starachowicach, Brodach, Michałowie i t. d., z pysznemi budowlami i małemi domkami górników, z muru ozdobnie wystawionemi, które z daleka u stóp gór rozsiane, czystością i białością się świecą. Nic piękniejszego jak cała ta droga. Potem dalej za wsią Wenecyą i miastem Wierzbnikiem, ciągle wśród górzystej okolicy, majestatycznie występuje wielki staw Michałowski, i jakby rzeka jaka lazurową tęczą rozlewa się po obszernej dolinie, niknie wśród pagórków i krzaków, potem znowu nagle występuje i obszernością swoją i czystością wody zadziwia. Dodajmy do tego, iż zachwycającej tej podróży sprzyjała najpogodniejsza pora, dni jesienne były jak rzadko ciepłe, niebo czyste, a cała natura dziwnie wspaniała i spokojna.

Już od kilku dni zewsząd widziałem bielejące się szczyty kościoła św. Krzyża na Łysej górze, ślicznie i malowniczo wyglądające, zanim z kolei do tego miejsca pojechałem. Z Boleszyna drogę miałem coraz to gorszą: doły wyrwane przez wodę spadającą ani raz pośpieszyć mi nie dozwoliły; to wspinaliśmy się na spadziste wzgórza, to znowu zjeżdżaliśmy z bardzo przykrej pochyłości. A jechaliśmy ciągle wzgórzami, zwykle ich szczytem. Po obu stronach bawiły oko, to łąki snujące się wąwozami, to pola po złotej Sandomierce żółciejące, te wioski w głębi wąwozów umieszczone i drzewami ocienione. Obraz ten lubo zawsze toż samo wystawiający, zmieniał się co chwila i rozmaitością swą przyjemnie zajmował. A Łysa góra cała lasem okryta, z dwoma pomniejszemi obok siebie wzgórzami, jakby z wałami swemi coraz była wyraźniejszą.

Źródło: Franciszek Maksymilian Sobieszczański, Wycieczka archeologiczna w niektóre strony gubernii radomskiej odbyta w miesiącu wrześniu 1851 roku przez F. M. Sobieszczańskiego, Warszawa 1852, str. 29−30, 33, 82-83.