Nowa Słupia i Stara Słupia

wpis w: Miejsca | 0

Źródło: T. Dybczyński, Tajemnice Łysogór, Lwów 1937, s. 89-93.

Dopiero na samym dole, gdzie zaczynają się już pola mieszkańców Słupi, tuż za płotem koło drogi zauważono słynną figurę kamienną, o której krążą różne legendy.

– Wszyscy do posągu świętego Emeryka! – zawołał Tadeusz. Gdy już wszyscy stanęli koło posągu, przedstawiającego jakąś klęczącą figurę z kamienia, z ręką przewieszoną, a twarzą zapatrzoną w klasztor świętokrzyski, odezwał się Mirski:

– Stoimy przed ciekawą a tajemniczą pamiątką dawnych lat. Figura ta ma wyobrażać świętego Emeryka, królewicza węgierskiego, wnuka po kądzieli pierwszych Piastów, bo syna świętego Stefana węgierskiego i Adelajdy, siostry Mieszka I. Krąży o figurze tej mnóstwo legend i od wieków jest ona w wielkim poszanowaniu. – Pozwolę sobie zwątpić o tym poszanowaniu – zauważył Marczyński – bo widzę, że twarz i ręce ktoś niezbyt dawno obtłukł…

– Przepraszam, panie inżynierze – wtrącił się Tadeusz. – Tego barbarzyńskiego zniszczenia dokonali obcy, zdaje się, latem 1909 roku bawiący tu na letnim mieszkaniu jacyś uczniowie gimnazjum, Moskale. Nie wiedząc, widać, jakim poszanowaniem cieszy się posąg, a może zresztą umyślnie, figurę wzięli sobie za cel pocisków kamieniami. Ale też, gdy zobaczyli to tutejsi ludzie, chcieli ich również kamieniami zatłuc, wobec czego czym prędzej Słupię opuścili i więcej się tu nie pokazali.

– Ciekawa jestem tych legend, związanych z tym posągiem – zwróciła się do ojca Zosia. Jedna z legend głosi – zaczął mówić Mirski że szedł tędy z Rzymu pokutnik i gdy znalazł się w tym miejscu, dzwony klasztorne same zaczęły dzwonić. Zdziwili się tym ludzie, przypadkowo będący w pobliżu, i z uszanowaniem zwrócili do pustelnika mówiąc, że chyba jest świętym. Ponieważ pokutnik z dumą odpowiedział: “Jeszcze by też”, za tę pychę skamieniał. Odtąd posuwa się co rok o ziarnko piasku, a gdy dojdzie na Święty Krzyż, wówczas nastąpi koniec świata… – Możemy wobec tego spokojnie żyć nie bojąc się nawet komety – odezwał się Stefan. – Druga legenda głosi – ciągnął dalej Mirski – że pewien Litwin za dawnych czasów przy łupieniu klasztoru dotknął się relikwii Krzyża Świętego i przez to postradał władzę w ręce, ale potem, nawrócony wskutek tego cudu, na pamiątkę wystawił ów posąg pod górą. – A czy są jakie historyczne dane o tej figurze? – zapytał Marczyński. – Brak jakichkolwiek – odparł Tadeusz. – Nawet nie podobna ustalić wieku jej pochodzenia. Podobno ma być z wieku XIII, tak przynajmniej utrzymuje ksiądz Gacki, autor obszernej monografii o Świętym Krzyżu. – Bardzo interesującą jest rzeczą – dorzucił Mirski – że nie tak dawno znaleziono drugi bardzo podobny posąg, jednak niewieści, z koroną na głowie. Stoi on na tutejszym cmentarzu. Jeżeli weźmiemy ten fakt pod uwagę, zdaje się, wypada szukać jakiegoś związku między obydwoma posągami, a wówczas wersja tradycyjna, głosząca, że to posąg świętego Emeryka, może mieć poważne uzasadnienie, jeżeli przypuścimy, że ta niewieścia figura z koroną może przedstawiać ową Adelajdę matkę Emeryka, zwaną Białą Kniahinią.

Przypatrzywszy się posągowi ruszyli dalej, wkraczając prawie zaraz do miasteczka, zwanego Nową Słupią. Minąwszy ciasną, błotnistą, wyboistą uliczkę znaleziono się na większej, która zaprowadziła na nieforemny rynek, przy którym wznosił się miejscowy kościół parafialny pod wezwaniem św. Wawrzyńca. Cała gromadka stanęła przed piękną ażurową kratą żelazną, zasłaniającą wejście do kościoła, zamierzając przede wszystkim zwiedzić ten przybytek. Zwróciwszy uwagę, że inżynier ciekawie przygląda się kracie, odezwał się Tadeusz:

– Ta krata, panie inżynierze, pochodzi z klasztoru świętokrzyskiego, samej Słupi nie stać by było na takie artystyczne dzieło.

– Toteż oglądam je z podziwem. Za chwilę znaleziono się we wnętrzu kościoła. Niewielki ten przybytek, mający zapewne z dawnego kościoła zachowane trzy kamienne gotyckie odrzwia, o sklepieniu zdobnym w ornamentacje, mający trzy ołtarze, piękny dębowy konfesjonał i kazalnicę również dębową z terakotowymi postaciami ewangelistów, nie przedstawiał nic osobliwego. – Kościół ten w obecnej postaci – zaczął Tadeusz- jest nowszej, bo z XVII wieku budowy. Pierwotny istniał już od połowy XI wieku i miał nawet filię w pobliskiej Starej Słupi. Był też tu w miasteczku dwór i folwak benedyktynów świętokrzyskich, do których opactwa roku 1472 papież Paweł II przyłączył probostwo słupskie. Istniał też w Słupi u podnóża góry kościół świętego Michała, przebudowany w roku 1600 przez opata Michała Maliszewskiego ze szpitala. W roku 1807 przy kościółku tym była czteroklasowa szkoła, prowadzona przez zakonników i księdza Jopkiewicza, wikarego słupskiego, ale ją Moskale w roku 1819 zdegradowali na ludową. Po objaśnieniach Tadeusza gromadka nasza wyszła z kościoła na rynek rozglądając się ciekawie po miasteczku, bardzo zresztą nędznie się przedstawiającemu, bo liczącemu około dwóch tysięcy ludności zaledwie, w znacznej części żydowskiej. Spoglądając na widoczny z rynku klasztor Świętego Krzyża rzucił pytanie inżynier:

– Ile metrów jesteśmy teraz niżej, niż gdybyśmy byli na Świętym Krzyżu?

– Rynek w Słupi leży mniej więcej na poziomie 280 metrów nad morzem, wobec czego jesteśmy przeszło o 300 metrów niżej w tej chwili – wyjaśnił Tadeusz. – Czy wiecie, państwo – dorzucił Mirski Słupię dawniej nazywano po prostu Słupem, jak to podaje Długosz, a to nasuwa przypuszczenie, czy nazwa ta przypadkiem nie pochodzi od owego posągu świtego Emeryka. W Słupi zatrzymywali się zwykle wszyscy pielgrzymi udający się do Świętego Krzyża. Oprócz Jagiełły, który szedł do Świętego Krzyża ową karkołomną drogą “Królewską”, wędrowali stąd na Święty Krzyż również Kazimierz Jagiellończyk i Zygmunt III. Założenie tego osiedla należy odnieść najprawdopodobniej do tego samego czasu, kiedy został założony klasztor świętokrzyski, a więc wieku XI. W każdym razie od roku 1239 Słupia już jest znana jako miasto, które na samprzód dostaje pewne przywileje od Jagiełły, potem na prośbę opata Radoszewskiego w roku 1633 Władysław IV nadaje miastu prawa niemieckie zatrzymując jednak i część dawnych praw polskich.

Po posiłku i odpoczynku udano się bez plecaków do pobliskiej starej Słupi, o kilometr drogi odległej. Obejrzano tam dwór, wystawiony w r. 1780 przez opata Niegolewskiego. Stara Słupia bowiem była odwieczną posiadłością klasztoru świętokrzyskiego. Dwór ten zawierał niegdyś kaplicę i była tu filia parafii słupeckiej. Po roku 1831 rząd rosyjski dwór i cały majątek zabrał tworząc majorat, który był do ostatnich czasów dzierżawiony przez trzy pokolenia rodziny Majewskich. – Dwór w Starej Słupi – odezwał się Mirski -podobno ma połączenie podziemne ze Świętym Krzyżem. W roku 1863 bywał w nim czsto gościem Langiewicz, który zresztą na Świętym Krzyżu i w ogóle w całych Łysogórach przede wszystkim, jak wiemy, najdłużej przebywał i walczył.