Leśne powstanie

wpis w: Zdarzenia i zjawiska | 0

Poszli nasi w bój bez broni!” to cytat z powstańczej pieśni, który idealnie charakteryzuje realia styczniowej insurekcji. Dubeltówka i kosa na sztorc w rękach straceńca, leśna zasadzka i bohaterska, choć beznadziejna walka to stereotypowy, ale i prawdziwy obraz powstania, które wbrew logice i miażdżącej przewadze wroga trwało prawie półtora roku.

Wybitny badacz dziejów powstania styczniowego Stefan Kieniewicz stwierdził, że w czasach manifestacji patriotycznych poprzedzających wybuch powstania styczniowego wychowywano polityków, a nie szkolono żołnierzy. Zaniedbano przygotowania wojskowe, nie zgromadzono odpowiedniej ilości broni i materiałów wojskowych. Brakowało kadry oficerskiej, należycie przeszkolonych żołnierzy i planów działania, zwłaszcza w pierwszym okresie insurekcji. Wiosną 1861 roku Ludwik Mierosławski opracował plan prosty i szaleńczy. Planował wtargnąć na czele kolumny poświęceńców na warszawski zamek, uwięzić namiestnika i zmusić go do otwarcia bram Cytadeli – powstańcy zdobyliby 30 tys. karabinów. Następnie Mierosławski chciał uderzyć na rozsypane po kraju garnizony wroga.

Wkrótce ten pomysł został zastąpiony innym. Legion zewnętrzny, czyli wyszkoleni za granicą powstańcy, miał dostarczyć zakupioną za granicą broń i stanąć na czele wojny masowo-ludowej, która znalazłaby rozstrzygnięcie nie w Królestwie, ale nad Dnieprem i Dźwiną. Nieco więcej szans powodzenia miał plan opracowany przez Jarosława Dąbrowskiego. Zakładał on opanowanie przez warszawską organizację spiskową Cytadeli i twierdzy w Modlinie (przy pomocy wtajemniczonych oficerów armii carskiej). To dałoby powstańcom ok. 100 tys. karabinów. Pomysł miał pewne szanse powodzenia, ale śmiała koncepcja „Łokietka” została unicestwiona przez Centralny Komitet Narodowy, a Dąbrowski aresztowany przez Rosjan.

Nowy plan zakładał koncentrację powstańczych oddziałów w południowo-zachodniej oraz północnej części Królestwa i marsz na Warszawę, a także przerzucenie działań wojennych na Litwę. Jednocześnie planowano prowadzenie „małej wojny” w celu absorbowania rozrzuconych w terenie rosyjskich oddziałów. Ten ostatni pomysł miał być realizowany w momencie wybuchu powstania. Zarówno koncentracji sił, jak i terminowi insurekcji przeszkodziła branka, czyli przymusowy pobór do wojska, ogłoszona przez Aleksandra Wielopolskiego. W ten sposób zamierzano rozbić organizację spiskową lub zmusić ją do przedwczesnego wystąpienia.

Styczniowa noc

Zagrożeni poborem do wojska spiskowcy musieli się spieszyć. Wyznaczyli wybuch powstania na noc z 22 na 23 stycznia 1863 roku. Był to fatalny termin. Zima nie sprzyjała wojnie partyzanckiej. Las nie dawał należytego schronienia, a śnieg był raczej sprzymierzeńcem Rosjan niż insurgentów. Samo wystąpienie było raczej improwizacją niż zaplanowanym działaniem.

W nocy z 22 na 23 stycznia do walki przeciwko blisko 100 tys. carskich żołnierzy przystąpiło ok. 7 tys. powstańców. Mało który miał karabin, zamiast tego walczono kosą, okutym drągiem, siekierą, a czasem i wyrwaną z płotu sztachetą. Nie był to wyjątek, lecz reguła. Przywódcy powstania radzili szukać broni u wroga. Leon Frankowski mówił: Pięściami zdobędziemy karabiny, a karabinami armaty.

Tej styczniowej nocy nie osiągnięto prawie żadnych zakładanych celów. Nie zdobyto broni. Nie opanowano także żadnego większego ośrodka miejskiego. Na 24 ataki na garnizony rosyjskie tylko część zakończyła się sukcesem powstańców. Mimo to Rosjanie poważnie się przestraszyli i zwinęli małe garnizony, koncentrując siły w większych miastach. Opuszczony teren zagospodarowali powstańcy, jednak nie na długo. Nieprzyjaciel szybko zorientował się, że przecenił siły insurgentów, i ruszył do ofensywy.

Na początku lutego w kilku rejonach kraju zorganizowano powstańcze obozy wojskowe, m.in. w lasach bolimowskich i gąbińskich, Ojcowie, Wąchocku, Białej, Kazimierzu, Siemiatyczach i Węgrowie. Intensywnie szkoliło się w nich kilkanaście tysięcy powstańców. Niestety Rosjanie rozbijali je dość szybko. Najdotkliwsza dla powstańczych planów była klęska zgrupowań Apolinarego Kurowskiego pod Miechowem oraz Jana Matlińskiego i Władysława Jabłonowskiego pod Węgrowem. Wraz z klęską Kurowskiego upadł pomysł stworzenia bazy wyjściowej do wyprowadzenia ataku w głąb Królestwa.

Z kolei powstańcy z Podlasia mieli wyprowadzić atak na Warszawę. 3,5 tys. insurgentów skoncentrowało się wokół Węgrowa. Doszło tam do zaciekłej, ale zwycięskiej dla Rosjan bitwy. Sukces zawdzięczali artylerii, która kartaczowym ogniem powstrzymała szarżujących z wielką brawurą kosynierów. Dowódcy powstańczy, Matliński i Jabłonowski, dowiedli męstwa, ale wyraźnie brakło im wojskowych umiejętności. Mimo strat udało im się wyprowadzić wykrwawione oddziały spod Węgrowa. Cztery dni później Rosjanie dokończyli dzieła pod Siemiatyczami, gdzie zgrupowanie zostało rozbite.

Dwóch dyktatorów

Koncepcje prowadzenia działań wojennych zakładały powierzenie kierownictwa jednemu człowiekowi. Rząd Narodowy widział na tym stanowisku Ludwika Mierosławskiego. Zdawało się, że miał on doświadczenie wojskowe i kwalifikacje znacznie większe niż reszta oficerów. Ponadto był dość zapalczywy i radykalny, miał wpływ na wielu wychowanków wojskowej szkoły w Cuneo. Choć zabiegał o władzę, dyktaturę oferowaną przez powstańcze władze przyjął niezbyt chętnie i nie bez obaw. Dopiero 17 lutego pojawił się na polu walki. Niesnaski, jakie wybuchły w powstańczych szeregach po jego przyjeździe, i dwie przegrane bitwy (pod Krzywosądzem i Nową Wsią) zakończyły szlak bojowy Mierosławskiego. Pod pozorem choroby gardła wyjechał do Paryża.

Nie zrezygnował jednak z władzy. Przez następne kilka miesięcy otwarcie zwalczał swoich przeciwników, zwłaszcza następcę na dyrektorialnym stanowisku Mariana Langiewicza. Ten przetrwał pierwszy okres powstania i unikając rozbicia, wycofywał się w kierunku Galicji, skąd spodziewał się wsparcia. Drobne sukcesy uczyniły go sławnym. Przesadnie widziano w nim drugiego Kościuszkę. Osobiście niezabiegający o władzę, został wyniesiony do dyktatury przez białych, choć nie był z nimi związany.

Niewyrobiony politycznie i nieposiadający politycznego zaplecza Langiewicz nie dał się poznać jako kierownik walki zbrojnej. Ofiarowanie mu władzy ściągnęło na niego uwagę i znaczne siły nieprzyjaciela; co prawda Langiewicz zwyciężył w chaotycznej bitwie pod Grochowiskami (18 marca), ale nie był już w stanie ocalić oddziału. Karierę dyktatora zakończył po przekroczeniu granicy w austriackim więzieniu. Tym samym upadła koncepcja dyktatury z lasu. Do tego pomysłu już nie wrócono.

Wiosna i lato 1863

Klęska Langiewicza przekreśliła plany uchwycenia stałej bazy operacyjnej wojsk powstańczych. Nie mogło być mowy o organizowaniu dużych oddziałów i prowadzeniu regularnej wojny. Pozostała jedyna forma walki – wojna szarpana. Ta rozpaliła się na dobre. Partie powstańcze, liczące od kilkudziesięciu do kilku tysięcy ludzi, stawiały czoło coraz silniejszemu nieprzyjacielowi. Niektórzy dowódcy powstańczy, np. działający na Lubelszczyźnie Michał Heydenreich-Kruk, starali się przejąć inicjatywę. Podporządkował sobie mniejsze partie i na ich czele pobił Rosjan pod Chruśliną (4 sierpnia), a cztery dni później pod Żyrzynem. Kruk kompletnie rozbił rosyjski oddział i zdobył znaczny transport pieniędzy. Był to spory sukces, dlatego Rosjanie dołożyli wysiłków, by zniszczyć jego oddział. Stało się to 24 sierpnia pod Fajsławicami.

Spośród licznych mniejszych bądź większych kampanii niezwykle ciekawa okazała się walka Edmunda Taczanowskiego w Kaliskiem. Na czele największej powstańczej formacji kawaleryjskiej (1500 jeźdźców) przez dłuższy czas skutecznie wymykał się Rosjanom. Podporządkowując sobie lokalne oddziały partyzanckie, zamierzał opanować zachodnią część Kongresówki jako place d’arme i ogłosić pospolite ruszenie. Utworzone w ten sposób wojsko podjęłoby dalsze działania ofensywne. Planowano nawet opanowanie Częstochowy. Rosjanie nie zlekceważyli Taczanowskiego i ostatecznie rozbili go 29 sierpnia pod Kruszyną.

Powstanie na kresach

Walki nie ograniczały się do obszaru Kongresówki. Powstańcze partie działały na Ukrainie, Białorusi i Litwie – tu było ich najwięcej. Na tych terenach prowadzono działania dywersyjne, które miały absorbować siły wroga i przerwać jego linie komunikacyjne. W szeregach niektórych oddziałów przeważała ludność wiejska. Jednak mimo odwagi i poświęcenia niewiele mogły wskórać. Militarna przewaga Rosjan była miażdżąca, ponadto nieprzyjaciel w bezwzględny sposób pacyfikował kolejne wsie.

Sytuacja powstańców na tych obszarach była niezwykle trudna. Komplikowały ją stosunki narodowościowe i religijne. Ponadto insurgenci z Litwy i Białorusi raczej nie mogli liczyć na pomoc z innych zaborów. Ich dowódcy bili się mężnie, ale nie mieli celów strategicznych. Spośród nich wyróżniał się Zygmunt Sierakowski. Ten były carski oficer stanął na czele 2,5-tys. oddziału, który chciał przekształcić w regularne wojsko. By to uczynić, zamierzał zdobyć bazę operacyjną. Planował zdobycie twierdzy w Dyneburgu, zamyślał także atak na porty w Połądze i Rydze, przez które miało płynąć zaopatrzenie dla powstania. Tak silne zgrupowanie działające na Żmudzi sprowadziło kontrakcję rosyjską. W trzydniowych zmaganiach zwanych bitwą pod Birżami (7−9 maja) oddział Sierakowskiego został rozbity, a on sam pojmany i stracony.

Trauguttowskie porządki

Pod koniec lata 1863 roku powstanie przeżywało kryzys. Nigdzie nie osiągnięto trwałego sukcesu. Nikt nie kierował walką, brakowało koordynacji działań. Rosjanie po kolei rozbijali powstańcze partie, zarówno organizujące się na miejscu, jak i wkraczające zza kordonu. W rozsypkę szły całe wyekwipowane oddziały, przepadała kupowana i szmuglowana z takim trudem broń.

Wtedy na arenę wkroczył Romuald Traugutt. Mając nadzieję na interwencję mocarstw zachodnich, robił wszystko, by insurekcja wytrwała do wiosny. Jako doświadczony były żołnierz carskiej armii chciał przekształcić powstańczą ruchawkę w zorganizowane wojsko. Traugutt miał zamiar zorganizować bazę operacyjną w południowej części Królestwa. Polską ofensywę planował na październik. Heidenreich i Aleksander Waligórski mieli wkroczyć w Lubelskie, a Józef Hauke-Bosak w Sandomierskie. Jednocześnie akcje dywersyjne miały przeprowadzić wszystkie powstańcze partie w Kongresówce. Liczono, że uda się skoncentrować 8−10 tys. powstańców, a więc siłę, którą dotychczas Polacy nie dysponowali.

Plan był dobry, ale wykonanie fatalne. Zawiodły prace przygotowawcze i koordynacja działań, za to dała o sobie znać niesubordynacja poszczególnych dowódców.

Fiasko ofensywy sprawiło, że Traugutt poświęcił się organizacji powstańczego wojska. Na podstawie rozkazu z 15 grudnia luźne partie miały się stać karnymi oddziałami wojskowymi. Polskie siły miały zostać podzielone na pięć korpusów. Jednak tylko II korpus Hauke-Bosaka osiągnął większą wartość bojową. Traugutt liczył, że wiosną nadejdzie upragniona pomoc państw zachodnich, i przewidywał zwołanie pospolitego ruszenia. Jednak mimo widocznych efektów działań dyktatora i pojedynczych sukcesów poszczególnych dowódców powstańczych ich siły wyczerpywały się. Rosjanie ściągnęli dodatkowe oddziały, społeczeństwo było zmęczone wojną i represjami, a carski dekret uwłaszczeniowy pogrzebał nadzieję na zasilenie powstania masami ludowymi.

Wiosną 1864 roku powstanie dogorywało. Rozpadały się struktury podziemnego państwa. W kwietniu Rosjanie aresztowali Traugutta, a jego śmierć na stokach warszawskiej Cytadeli była widomym znakiem upadku insurekcji. Nieliczne oddziały do lata toczyły beznadziejną walkę o przetrwanie. Bezwzględnie tropione, szły w rozsypkę. Najdłużej, bo do grudnia 1864 roku, heroiczną walkę toczył ksiądz Stanisław Brzóska. Schwytano go w następnym roku i 23 maja publicznie powieszono na rynku w Sokołowie Podlaskim.

Nieromantyczne powstanie

Wojna partyzancka nie mogła się zakończyć zwycięstwem. Przedłużała za to powstanie. Przez powstańcze szeregi przewinęło się ok. 200 tys. żołnierzy, choć w polu nigdy nie było ich więcej niż 30 tys. Przeciwko nim walczyła potężna regularna armia, która mimo olbrzymiej przewagi potrzebowała ponad 1200 bitew i potyczek, wzmożonych represji oraz półtora roku, by rozbić styczniowych insurgentów.

Powstanie styczniowe nie miało nic z romantyczności wojny polsko-rosyjskiej z lat 1830–1831. Wtedy pod rozwianymi sztandarami potykały się dwie armie, a wynik wojny w dużej mierze zależał nie od liczebnej przewagi, ale od zdolności wodzów. W styczniowym zrywie powstańcy nie mogli się mierzyć z nieprzyjacielem w otwartym polu, bo dysproporcja sił skazywała ich na porażkę. Przewaga Rosjan była miażdżąca i nie pozwalała mieć nadziei na sukces. Oddziały partyzanckie, dopóki siedziały w lasach, były względnie bezpieczne. Wszelka aktywność skazywała je na szybką i zdecydowaną kontrakcję nieprzyjaciela, kończącą się zazwyczaj zagładą oddziału. Pstrokacizna partyzanckich ubrań niewiele przypominała wojskowe mundury. Broni zazwyczaj brakowało, a ta, którą posiadano, często nie spełniała wymogów ówczesnego pola bitwy. Powstańczy żołnierz zdawał sobie sprawę, że rosyjskim armatom może przeciwstawić jedynie własne męstwo. Źle uzbrojony i wyekwipowany, często głodny i wiecznie ścigany ulegał szybkiej demoralizacji. Każda wygrana uruchamiała zabójczą pogoń, dlatego po zwycięstwie konieczny był błyskawiczny odskok. Forsowne marsze, ataki i ucieczki wykańczały młodego powstańczego rekruta. Ciągłe krycie się w leśnych chaszczach, niewygody, brud i wszy − tak wyglądało życie styczniowego insurgenta.

Jednak właśnie to powstanie, jak chyba żadne inne, wpłynęło na polską tradycję. Właśnie do niej odwoływał się Józef Piłsudski, a w czasach Drugiej Rzeczypospolitej żyjący jeszcze powstańcy zyskali status kombatantów. Do styczniowych doświadczeń nawiązywali polscy partyzanci z czasów drugiej wojny światowej. Także opracowania historyczne tego zrywu były obowiązkową lekturą dla Niemców walczących z polską konspiracją. Wreszcie danina krwi, jaką przyszło zapłacić za marzenia w 1863 roku, ukształtowała na lata polską świadomość historyczną.