Gołoborza Łysicy

wpis w: Przyroda | 0

Źródło: T. Dybczyński Tajemnice Łysogór, Lwów 1937, s. 36-37, 41, 45-56, 58-65.

Drużyna stopnicka, minąwszy źródło i kapliczkę św. Franciszka, razem z czwórką naszych chłopców luźnym szykiem zaczęła piąć się przez zarośla pod górę. Ścieżki w tym miejscu przecinały się we wszelkich kierunkach. Trzeba było przekraczać miejscami bagniste torfiaste polanki, z każdą chwilą napotykając coraz częściej luźne pstre głazy, pokryte barwnymi porostami i przeważnie ukrywające się w kępkach paproci. Po kilkunastu minutach wspinania się pod górę pochyłość nagle bardzo się zwiększyła i głazy zaczęły już występować masowo. Natrafiono jakby na linię, wyciętą wśród lasu, która prowadziła prosto na grzbiet pasma. Wspinając się dość uciążliwie młodzi wędrownicy sądzili, że znajdują się już niemal u szczytu Łysicy, tym czasem do szczytu było jeszcze bardzo daleko. Mrok zapadał coraz większy. Jeszcze wysoko na niebie płynące chmurki złociły się nieco i czerwieniły, ale i one wkrótce poszarzały. Po przeszło godzinnym marszu gromadka harcerska docierała nareszcie do szczytu. Kończącą się “linię” zamykało olbrzymie, paropiętrowej wysokości rumowisko skalne, pierwsze gołoborze Łysicy. Po stoku północnym, pozbawionym lasu, opuszczało się ono kilkadziesiąt metrów niżej, odsłaniając widok na rozciągającą się u stóp puszczę Łysogórską, w danej chwili zasnuwaną oponą wieczornych mgieł. Chłopcy przez chwilę zatrzymali się przypatrując pięknemu widokowi, nabierającemu szczególniejszego uroku i tajemniczości dzięki coraz bardziej zacieranym przez mrok konturom. Kilku zaczęło wdrapywać się po olbrzymich kamieniskach na wierzch gołoborza. […]

I spieszono przez pola ścieżynami i miedzami, na wskos przez podnóże południowe Łysicy, w tym miejscu gdzieniegdzie tylko zarosłe kępami różnych krzewów i małymi brzozowymi gajami. Kierowano się w ten sposób, żeby ominąć zalesioną część Łysicy i strawersowawszy jej stok południowo-zachodni znaleźć się od razu na szczycie pasma w miejscu, skąd nosi nazwę Kraińskiego. Stamtąd już tylko paręset kroków do drogi, wiodącej z Krajna do św. Katarzyny. […]

Pnąc się po coraz liczniejszych głazach nieraz wśród morza olbrzymich paproci, mijając torfiaste mokradła, po godzinnym prawie marszu, powolnym zresztą ze względu na uciążliwy teren, wędrowcy doszli wreszcie do pierwszego gołoborza. Olbrzymi zwał potrzaskanych kwarcytów, wznoszący się na pochyłości góry, odsłonięty z poszycia leśnego, miejscami tylko ozdobiony zaroślami malin, jeżyn, rzadziej jarzębiny i paru innych krzewów – wywołał poszept podziwu wśród patrzących. To gołoborze trzeba było jednak przejść w poprzek. Zwolna i ostrożnie ruszono poprzez ostro kanciaste, często ruchome głazy, podpierając się laskami i ratując nieraz równowagę za pomocą różnych ewolucyj rękoma w powietrzu. Po przejściu jeszcze kawałka lasem natrafiono na drugie rumowisko. Tutaj Mirski polecił skręcić trochę na prawo ku górze. Wdzieranie stało się trochę trudniejsze, bo trzeba było pokonywać teraz i większy spadek. Po kwadransie wyprawa znalazła się na szczycie Łysicy u stóp gołoborza, na którym zaszła historia z “czarownicą”. – Dziś nas chyba już tu nic nie przestraszy – odezwała się Zosia. – Kto wie – odpowiedział Tadeusz. – Łysica kryje w sobie dużo jeszcze niespodzianek. W miejscu, gdzie odbywały się podobno sabaty czarownic z całej Polski, można się wszystkiego spodziewać… Wkrótce wszyscy siedzieli już na szczycie rumowiska skalnego. Od strony wschodniej, wznoszącej się nieco ponad gołoborze, wśród cienia jodeł dość szeroka linia wiodła dalej, na właściwy najwyższy szczyt Łysicy, góra ta bowiem ma dwa prawie równe wierzchołki. Widok był prześliczny, ale tylko w kierunku północnym. – Cały dzień wystarczy zaledwie na zwiedzenie wszystkich tutejszych gołoborzy i poszukiwanie okazów kryształu górskiego, który tu można napotkać czasami w bardzo ładnych okazach. Przede wszystkim musimy sobie obrać jakieś wygodne miejsce, w którym złożymy nasze plecaki i będzie ono dla nas punktem zbornym, o ile mamy tu dłużej zabawić, a nawet nocować, jak to proponuje moja córka – rzekł pan Mirski. […] Na propozycję Tadeusza miejscem postoju postanowiono uczynić ów najwyższy punkt Łysicy, na który też niebawem przeniesiono się gromadnie. Tam, w miejscu, które niegdyś stanowiło sztuczne podniesienie dla istniejącej wówczas wieży strategicznej, złożono plecaki i rozłożono koce. – Stąd będziemy czynili wyprawy na stoki Łysicy, pojedynczo lub grupami, według specjalności i upodobań – zarządził znowu Mirski. […]Kazik miał jednak w dniu tym pecha. Wyciagnął numer pierwszy. Zły był na taki obrót rzeczy, ponieważ jednak sam zaprojektował losowanie, nie wypadało mu narzekać. Zostawiamy więc szanownego pana Kazimierza na gospodarstwie – mówiły dziewczęta odchodząc. – Nie zaśnij, Kazik, pamiętaj! – upominał Stefan. – Uważaj, żeby cię niedźwiedzie nie zjadły! – zażartował Stach. – A są tu niedźwiedzie? – pytał Józek, widocznie przypominając sobie swoją przygodę z niedźwiedziem na Sybirze. – Kazik może się nie obawiać – uspokoił Tadeusz. – Ostatniego misia zabito w tych stronach w roku 1840. – No, to mogłyby go wilki zagryźć – dorzucił Stach. – I to nie grozi, od czasu powstania 1863 roku zostały i wilki wytępione, pozostała po nich tylko pamiątka w nazwie jednej z okolicznych wiosek, mianowicie Wilkowa. O, patrzcie, w tej kotlinie, pod górą Bukową leżącej – tu wskazał na widniejącą u stóp jasną plamkę pól, rozłożoną w oddali poza morzem wierzchołków drzew, na które spoglądano z góry. Panienki nasze otoczyły Tadeusza prosząc, żeby je oprowadził po najładniejszych miejscach gołoborzy. – Gołoborzy na Łysicy jest kilkanaście. Na upartego można by tak iść stokiem północnym pasma, że niemal samymi gołoborzami doszłoby się aż do świętego Krzyża na drugim końcu pasma, to jest prawie dwie mile drogi stąd… – Tak daleko to nie pójdę – oświadczyła Zosia. – Ja też tak daleko nie poprowadzę. W ślad za Tadeuszem zaczęto się przedzierać przez krzaki i wchodzić już na pierwsze najbliższe gołoborze. Przekonano się zaraz, że spacer po tych rumowiskach skalnych nie należy do rzeczy łatwych, zwłaszcza jeżeli się idzie z góry na dół. Olbrzymie kamieniska często tak leżą na drugich, że za najmniejszym poruszeniem zaczynają się chwiać, a nawet spadają pociągając za sobą inne. Stąpnięcie na taki ruchomy kamień grozi poważnym niebezpieczeństwem, toteż Mirski i Tadeusz ciągle przypominali, że nim się stanie na jakiś głaz, należy laską wpierw przekonać się o jego równowadze. Nie przeszkadzało to parokrotnie młodszym chłopcom trafiać właśnie na takie głazy i nadrabiać miną bolesne może nieraz upadki. Pośrodku jednego z gołoborzy zauważono, że wybrano tam mnóstwo kamieni, jakby ktoś chciał jakiś dół wykopać. Pewnie ktoś niemądry skarbów tu poszukiwał – zauważył Mirski. Spod luźnych głazów widać było skałę. – Czym objaśnić powstanie tej olbrzymiej masy kamieni tutaj? – Te głazy to rezultat tak zwanego wietrzenia skał. Całe pasmo łysogórskie na swym północnym zwłaszcza stoku narażone jest ciągle na wpływ wilgoci latem, zimą większych mrozów. Skały nasiąkając wodą, która przenika w głąb niewidzialnymi szczelinami, podczas mrozów są rozsadzane zamarzniętą wodą. Szczeliny się powiększają z roku na rok i w ten sposób działanie powstającego lodu jest coraz znaczniejsze. Bryły, oderwane od podłoża, kruszą się na coraz drobniejsze kamienie tworząc te gołoborza. Pomaga w tym latem żar słońca, pomagają w wielu razach korzenie drzew, wbijające się klinem w skały, pomagają nawet miliardy miliardów specjalnych bakterii, które kruszą kamień… – Za milion lat z Łysicy będzie tylko góra drobnych kamieni – dodał Stach, który jako przyrodnik musiał przecie swoje zdanie też dopowiedzieć. – Nie potrzeba i miliona na to – wyjaśniał dalej Tadeusz. – Za milion lat w tym miejscu, gdzie jesteśmy obecnie, może już nie być wcale żadnej góry. Wody spłuczą i zamienią na piasek i glinę wszystkie kamienie, uniosą dalej ze sobą, wyrównają teren. Stanie się on kiedyś tak zwaną prawie równą (penepleną), by może znów pod działaniem nowych sił geologicznych stać się dnem jakiegoś morza, bądź wydźwignąć się w nowe pasma gór… Zawrócono ku wschodowi. W jednym miejscu Tadeusz poprowadził na dół. Wkroczono do lasu. Po kilkudziesięciu metrach gąszczu przed oczami wędrowników odkryło się nowe gołoborze. Bardziej płaskie, niż dotychczas widziane, rozległością nie ustępowało tamtym. – Gołoborza na Łysicy leżą dwoma, niekiedy trzema poziomami. Teraz właśnie jesteśmy na jednym z poziomu środkowego. Trochę dalej zobaczymy jeszcze gołoborze poziomu, czyli piętra najniższego. Tutaj pokażę państwu największą osobliwość gołoborzy. Tu Tadeusz zaczął się pilnie rozglądać po kamieniach. Słońce, które już do tej pory dobrze się wzbiło do góry, zaczęło trochę przypiekać. W jego blaskach głazy skrzyły się. Do jednego z miejsc gołoborza, z dala najbardziej błyszczącego, Tadeusz powiódł całą gromadkę. Zobaczono z bliska, że blaski te biły od wielkich powierzchni kamieni, usianych tysiącami kryształów. – Przypatrzcie się tym szczątkom kryształu górskiego – rzekł. Wszyscy oblegli błyszczące głazy. Pokrywała je miejscami gruba skorupa kryształów, bardzo ładnie rozwiniętych i dochodzących w niektórych okazach centymetrowej średnicy. Zwiedzono jeszcze gołoborze pierwszego piętra. Z każdego gołoborza ukazywały się inne widoki okolicy, bądź ich wcale nie było, gdy drzewa zasłaniały widnokrąg. Stach po drodze zdzierał z kamieni i drzew okazy mchów i porostów, między ostatnimi najciekawszy, tzw. geograficzny (Lichen geographicus), paprocie, miejscami bardzo dużymi i wysokimi kępami na głazach rozrosłe, zresztą wszystkie napotykane ciekawsze rośliny. Wędrówka po gołoborzach ciągnęła się ze dwie godziny. Tadeusz zaprowadził jeszcze po drodze na ciekawy cypel skalny, jaki istnieje o pół kilometra na wschód od głównego szczytu. Cypel ten jest ostrą krawędzią skalną, złożoną z gruboławicowych, bardzo pochyło ułożonych na sobie i miejscami popękanych poprzecznie kwarcytów. Po obiedzie należał się podróżnikom parogodzinny odpoczynek, tym więcej że upał był wielki i dobrze dał się dotąd we znaki. Tadeusz z tego skorzystał, by wszystkim opowiedzieć o budowie geologicznej Łysogór. – Góry te prawie w całości – mówił – należą do systemu paleozoicznego, to jest utworzone są ze skał, które pochodzą z naj dawniejszych niemal epok geologicznych. Główne pasmo, na którym w tej chwili jesteśmy, tworzą kwarcyty i łupki kambryjskie, a więc z najstarszej epoki paleozoicznej. Wypiętrzyły się one w o wiele prawdopodobnie wyższy i potężniejszy, niż dzisiaj, łańcuch w epoce karbońskiej dopiero, jednocześnie z masywem, jaki mamy na Łużycach, stanowiąc odcinek wielkiego europejskiego, tak zwanego Hercyńskiego łańcucha górskiego. Po wypiętrzeniu się Łysogór już ani razu nie skryły się one pod morzem. Stanowiły wyspę coraz bardziej rosnącą, możemy je też uważać obok niektórych terenów Wołynia za najstarszy chyba kawałek naszej ziemi. – Może też dzięki temu stanowimy taki kawałek Europy, którego i trzęsienia ziemi tylko bardzo rzadko i słabo przy tym dotykają – uzupełnił Mirski.

[…]- Schoenberg na podstawie własnych badań lasów Łysicy wydzielił w niej pięć stref. Najwyższa, od 470 metrów wzwyż, to strefa wyłącznie jodeł. Druga niższa, do 360 metrów nad poziom morza, o glebie nie wyłącznie kamienistej, jak tamta, lecz piaszczysto- gliniastej, obejmuje las jodłowo- bukowy. Na jej terytorium w tej chwili się znajdujemy. Trzecia strefa sięga jeszcze 40 metrów niżej, do 320 metrów nad poziom morza i stanowi teren walk między sosną a jodłą, przeważnie zwycięski dla ostatniej, zwłaszcza na gruntach gliniastych. Czwarta strefa, do 255 metrów nad poziom morza, tworzy bory sosnowe o podszyciu jagodowo-paprotnikowym. Piątą i ostatnią strefę, najniższą, sięgającą do dolin rzecznych, cechuje bór sosnowo- wrzosowy, w miejscach wilgotniejszych obfitujący w torfowiska. – Jak się jednak mogą trzymać tak nieraz wielkie drzewa na takim skalnym podłożu, jakie widzieliśmy na szczycie Łysicy? – spytała Zosia. – Szkoda, nie zwróciłem pani uwagi na to, jak owe jodły obejmują swymi długimi konarami wielkie głazy gołoborza… to by wytłumaczyło całą zagadkę – odpowiedział Tadeusz. – Jodły szczególniej nie potrzebują dużo gleby. Ale korzenie ich wciskają się w spękane głazy, coraz bardziej je rozszerzając i przyczyniając się tym samym do ich niszczenia. – Powiem jednak, że mocno to się jodły nie trzymają na tych gołoborzach. Korzenie ich są zbyt płytko. Przy lada większej wichurze olbrzymy te padają nieraz, stercząc potem całe lata wśród głazów parasolowatą wiechą korzeni na wierzchu. Sami to jeszcze zobaczymy na pewno gdziekolwiek w pobliżu – dodał Mirski. – Trzeba przyznać, że jednak niektóre widziane przez nas jodły rzeczywiście bardzo ładnie się prezentują- zauważył Marczyński. – Dosięgają tu niektóre 45 m wysokości przy obwodzie parometrowym – uzupełnił Tadeusz. – Dziś już jednak takie jodły czy podobne im pod tym względem buki na palcach można policzyć. Kilkanaście lat temu takie okazy nadawały ton puszczy tutejszej i była ona wówczas naprawdę jeszcze puszczą…

[…] Niemcy i Austriacy podczas okupacji straszliwie tutejsze lasy opustoszyli. Kiedy ich nagle przepędzono, nie zdołali naturalnie wywieźć wszystkiego ściętego drzewa i większa część przygotowanych przez nich zapasów dostała się w ręce okolicznych włościan. […] – Poręby początkowo zarosłe są trawami, a w miejscach wilgotniejszych sitami, tworzącymi całe gąszcze – wyjaśniał Tadeusz. – W jakiś czas potem rozwijają się krzewy liściaste różnego rodzaju, szczególniej maliny, jeżyny i jarzębiny. Wśród nich dopiero na nowo powstają jodły i zaczynają odbudowywać pierwotny bór. Naturalnie, trzeba na to wielu lat. Istotnie przedzierano się właśnie przez morze kolczastych jeżyn i malin. Wkrótce zatrzymano się u początku wąwoziku, który zaczynał żłobić wśród głazów jakiś maleńki potoczek, płynący z ledwie widocznego wśród gąszczy źródełka. – O, tu się zaczyna jeden z bezimiennych dopływów Belnianki, wpadającej pod Marzyszem do Czarnej Nidy. Niedaleko stąd, już poza lasem, tworzy szerszą malowniczą dolinkę przecinając wieś Kakunin, omijając z zachodu Bieliny Kapitulne i płynąc potem do Jachowej Woli, za którą to wsią pod Skorzeszycami, omijając znaną nam już Świnią górę, wpada pod Smykowem do Belnianki.

[…] – Trzeba wam wiedzieć, że spadek strumyków z Łysogór jest dosyć duży. O ile mi wiadomo, największy w Łysogórach spadek posiada dopływ Łagowicy, rzeczka Wszachówka, płynąca z góry Jeleniowskiej za Słupią Nową. Spadek jej mianowicie wynosi 10 promille. – Co to znaczy? – zapytał Józek. – To znaczy, że na każdy kilometr biegu rzeka obniża swój poziom o 10 metrów. Nazwy ta jednak rzeczka nie ma na żadnej z map, nawet najdokładniejszych. – Prawdopodobnie strumyk ten najbliżsi mieszkańcy nazywają od wioski, zatem może to jakaś Kakuninka – zauważył Mirski. Po kilkunastu minutach znaleziono się na skraju lasu. Przed oczami naszych wędrowników przedstawił się jakby półwysep bezleśny, polami wkraczający w puszczę Łysogórską, od wschodu i zachodu sięgającą znacznie niżej. Stok góry, pokryty w tym miejscu grubym pokładem lessu, w którym Kakuninka zaczęła się śmielej rozlewać, oprócz barwnych płatów pól zdobiły liczne pojedyncze drzewa, kępy brzóz i wychodzące, jak języki z lasu, smugi ciemnych jodeł i świerków. Poniżej widniała jak na dłoni wieś Kakunin, okolona zielenią łąk wzdłuż zataczającej tu pętlice rzeczki. […] – Jesteśmy w drodze na czczo już przeszło dwie godziny. – Zaraz możemy mieć śniadanie – oświadczył Tadeusz. – Zajdźmy tu do pierwszego lepszego domostwa. Przypuszczam, że gorącego mleka dostaniemy. Coś niecoś do jedzenia mamy. Znaleźli w pobliżu jakąś porządniejszą chałupę z sadem owocowym. Tadeusz uśmiechnął się do młodej rumianej gosposi, która stanęła w tej chwili przypadkiem we drzwiach. – Gosposiu, czybyście nie mogli nam odstąpić parę kwart mleka świeżego? Jesteśmy podróżni, od rana nic jeszcze nie jedliśmy. – A skądze to państwo idom?

– Od świętej Katarzyny. Wyszliśmy świtaniem, więc nie było czasu na śniadanie. Gosposia poprosiła do sadu całe towarzystwo. Był tam stolik i ława, jakiś chłopak wyniósł jeszcze drugą, a wkrótce stanął na stole gar dymiącego mleka. Otworzono plecaki. Za chwilę na stole znalazły się kubki podróżne, zapasy żywności, a uprzejma gosposia podała olbrzymi bochen razowca. Cztery garnce mleka szybko poprawiły humory. Zabawiono na tym śniadaniu przeszło godzinę. Na odchodnym gospodyni długo nie chciała przyjąć pieniędzy za mleko, ale wreszcie dała się przekonać, że to jej honoru nie ukrzywdzi. Pogoda w dalszym ciągu dopisywała. Rozglądano się ciekawie dokoła. Na południu widać było grzbiety gór Cisowskich, pokryte lasami, na bliższym planie od wschodu goły grzbiet Bieliński, ciągnący się równolegle do pasma Łysogórskiego. Do Bielin trzeba było przejść jeszcze przeszło kilometr drogami przez piaski. – Do tej pory jakoś na stoczach nie mieliśmy piachów – zauważył Marczyński. – Takiej drogi nie lubię. – Całe Łysogóry mniej więcej do poziomu 320 metrów nad morzem, tam, gdzie już nie ma lasu, pokrywa warstwa lessu. Niżej mamy już utwory lodowcowe. Te piaski właśnie są już pochodzenia morenowego. Jesteśmy w tej chwili nad poziomem morza zaledwie jakieś 300 metrów.