Droga na Łysą Górę

wpis w: Przyroda | 0

Źródło: T. Dybczyński Tajemnice Łysogór, Lwów 1937, s. 68-74.

Obudziwszy się nazajutrz bardzo wcześnie, nie niepokojąc nawet gościnnego profesora, który im udzielił noclegu w swej szkole, ruszyli zaraz w dalszą drogę.

Za kościołem ku wschodowi droga się rozdwaja. Na prawo biegnie trakt równolegle do rzeczki w kierunku wsi Huta Nowa – Koszary, na lewo skręca w dalszy ciąg Bielin, zwany tutaj Bielinami Kościelnymi. Doszedłszy mniej więcej do połowy tej wsi skierowano się pięknym szerokim wąwozem lessowym pod górę w stronę głównego pasma Łysogórskiego. Na dnie pasma, dosięgającego na wprost tego miejsca wysokości 542 m. W okolicy tej ze stocza południowego, posiadającego gdzieniegdzie również niewielkie gołoborza i całkowicie pokrytego lasem, spływa najwięcej strumieni. Skręcono wkrótce na prawo, zdążając przez cztero-kilometrowej długości Hutę Nową pod Łysicą, wieś, rozciągniętą na stoczach pasma, pięcioma występami rozgałęzionego na południe. Toteż co pewien czas trzeba było to wspinać się kilkadziesiąt metrów pod górę, to znów schodzić tyleż w doliny. – O tej części pasma krążą liczne legendy – odezwał się Tadeusz. – To niechże nam pan jaką opowie. – Właściwie nie znam tych legend – odrzekł Tadeusz. – Słyszałem tylko, że gdzieś tutaj w jednym z niedostępnych zakątków podobno istnieje obszerna nawet jaskinia, która jakoby służyła niegdyś zbójcom świętokrzyskim za miejsce ukrycia i przechowywania łupów. Dziś do niej trafić nie podobna. Mówią, że wejście zostało umyślnie zasypane kamieniami… Ja o tym również słyszałem, z tym jeszcze, że jaskinię tę w roku 1863 odwiedzali nasi powstańcy – dodał Mirski. – Nie warto jednak o niej mówić, nie widząc… Przypatrujcie się lepiej tej wsi, przez którą przechodzimy. Jest ona obok następnej, do której wkrótce dojdziemy, prawie najwyżej położonym osiedlem w byłej Kongresówce. We wsi tej przebywał niejednokrotnie w czasie powstania 1863 roku Langiewicz. Jakkolwiek droga przez swą nierówność i kamienistość była bardzo uciążliwa, po godzinie marszu wycieczkowicze znaleźli się nareszcie w przylegającej pod prostym kątem do niej drugiej wsi, zwanej Hutą Szklaną. Wiodła tu pod górę dość stroma, nienajgorsza szosa, usypana miejscami dla ułatwienia wjazdu na Łysą Górę do więzienia świętokrzyskiego. – Ciekawam, skąd pochodzi nazwa tej wsi? – rzuciła pytanie Julcia. – Była tu istotnie niegdyś należąca do klasztoru świętokrzyskiego huta szklana – wyjaśnił Tadeusz. – Wchodzimy tą szosą i wsią na największe obniżenie w ogóle całego pasma Łysogórskiego, na tak zwaną przełęcz Hucką – zaznaczył Mirski. – A tak. Zniża się ono do 460 metrów nad poziom morza – potwierdził Tadeusz. – Prowadzi stąd nawet droga przez las na północną stronę wprost do wsi Jeziorka. Po pół godzinie wycieczka zatrzymała się na skręcie szosy. Wioska pojedynczymi domostwami sięgała jeszcze na grzbiet przełęczy, droga skręcała na wschód w głąb młodego i gęstego po obu stronach lasu. – Trzeba by tu trochę odpocząć i czymś się posilić- zaproponowała Zosia. – Pewnie, od rana nic się jeszcze nie jadło – dorzucił Stach. Gromadka zatrzymała się siadając na olbrzymich głazach, rozsianych w pobliżu szosy na skraju gęstego w tym miejscu lasu. Szosa skręcała od wsi ku wschodowi, dość łagodnie, ale wyraźnie wznosząc się ku górze. Po obu jej stronach czerniał gąszcz świerków i jodeł, z drobnym podszyciem, czyniącym puszczę w tym miejscu prawie niedostępną. Tadeusz rozglądając się dokoła, dość już dawno bowiem w tych stronach nie był, i wskazując na ten gąszcz od strony południowej rzekł: – Czy wiecie państwo, że siedzicie w tej chwili u brzegu drugiego rezerwatu łysogórskiego? – Właśnie teraz się o tym dowiadujemy – odezwał się inżynier. – I wielki to dla nas honor… – Honor, jak honor, inżynierze – wtrącił Mirski. -Trzeba jednak cieszyć się, że choć ten kawałek puszczy Łysogórskiej, razem ze zwiedzanym już przez nas na Łysicy również rezerwatem, zostanie dla przyszłych pokoleń ocalony… To wielka rzecz… Posiliwszy się należycie, nasi podróżni powstali szykując się do dalszej drogi. Przed ruszeniem naprzód Mirski zwrócił uwagę wszystkich wskazując laską ku zachodowi: – Widzicie przed sobą tę siną smugę lasów z szarąstożkowatą najwyższą wyniosłością w głębi? – To Łysica – objaśnił Tadeusz. […] Za chwilę ruszono jednak dalej. Marsz po szosie, zupełnie dobrze utrzymanej przez dozór więzienny, mimo ciągłego wznoszenia się ku górze nie był uciążliwy. Po przejściu prawie półtora kilometra Mirski nagle przeskoczył rów i zaczął wdzierać się w głąb puszczy. – Skręcimy w tym miejscu na tutejsze gołoborza. Oczywiście wszyscy poszli w jego ślady. Po przejściu paruset metrów przez kolące zarośla malin i jeżyn cała gromadka znalazła się na jednym z najpiękniejszych gołoborzy łysogórskich. Otwierała się tu przed oczyma obecnych olbrzymia wolna od lasu przestrzeń, opadająca na dół przynajmniej pod kątem 45 stopni, usiana milionem głazów, tworzących jedno olbrzymie rumowisko, skrzące się w promieniach słońca. Ze szczytu tego gołoborza ponad rozpostartym we wszystkich kierunkach lasem widać było w oddali liczne wsie okoliczne, las Trochowiński i słynny bór modrzewiowy na górze Chełmskiej, na samym zaś horyzoncie północnym rozległą smugę lasów wierzbnickich i ostrowieckich, spoza której wznosiły się ku górze dymy Ostrowca i Starachowic. […] Po blisko godzinnym pobycie na gołoborzu zawrócili wreszcie na szosę, i udano się w dalszą drogę. Nagle z samego środka szosy, wciąż zwolna wznoszącej się ku górze, wystrzeliły dachy blaszane jakiegoś domostwa, zdobne w jednym miejscu jakimś okazałym kamiennym gzymsem.