Bodzentyn

wpis w: Miejsca | 0

 

Źródło: T. Dybczyński Tajemnice Łysogór, Lwów 1937, s. 114-123.

Przebywszy po kładce jeszcze raz Pokrzywiankę, drogą przez las a później linią leśną doszedłszy do osiedla, zwanego Wspólną, i minąwszy jeszcze pół kilometra lasu, gromadka nasza znalazła się we wsi Celiny, dopiero niedawno powstałej i nie uważanej za osobną wieś, tylko za ciąg dalszy Bodzentyna, jakkolwiek odległość od tego miasta dosięgała blisko trzech kilometrów. – Jak tu malowniczo. Z jednej strony widok na Łysogóry, a z drugiej? – Południowe stocze wschodniego ramienia tak zwanej Miejskiej Góry pod Bodzentynem. Góra ta należała do miasta Bodzentyna. Obecnie już nie należy, gdyż zabrano ją miastu po roku 1863. Ścieżkami i miedzami polnymi zaczęto się wdzierać na szczyt góry. Tadeusz zapowiadał miliardy czarnych jagód. Rzeczywiście jagód nie brakowało. Słońce już zaczynało kryć się na horyzoncie. Idący na przodzie Józek z Kazikiem naraz krzyknęli zatrzymując się Miasteczko pod nami! To Bodzentyn – objaśnił Tadeusz. Za chwilę wszyscy przystaneli na skraju lasu, skąd w głębi, jak na dłoni, u podnóża góry rozpościerał się malowniczo słynny Bodzentyn, ongiś a może i dziś serce Łysogór, dumny gród biskupów krakowskich, twór jednego z ich przedstawicieli, Bodzanty Jankowskiego, z XIII wieku.

Po nocy przespanej w seminarium nauczycielskim udano się dość wcześnie na miasto. Na rynku głównym (Bodzentyn posiada dwa prawie jednakowej wielkości rynki) spostrzeżono przede wszystkim stojącą na nim dość okazałą kolumnę z figurą św. Floriana, patrona od ognia. – Niestety, mimo posiadania. tej figury, Bodzentyn uległ w 1917 roku strasznemu pożarowi – zaczął mówić Tadeusz. – Spaliło sitę prawie całe miasto, widać to zresztą do dziś po tych ruinach i zgliszczach, jakie nawet tu przy rynku pozostały, gdzie dawniej były schludne domy dokoła, ozdobione od zewnątrz ogródkami. Skierowano się ku kościołowi, do którego dostęp był przez północno-zachodnie naroże rynku. Wspaniały gmach kościoła górował okazale nad całym miasteczkiem. Przeszedłszy drewnianą furtkę w kamiennej trójdzielnej bramie, gromadka nasza znalazła się na sporym, okolonym murem, dawnym cmentarzu. We wschodnim narożu ujrzano okazałą dzwonnicę, po pożarze jeszcze nie odnowioną. – Dzwonnica ta posiada piękne odrzwia marmurowe z wykutym herbem Nałęcz – zaczął objaśniać Mirski – zabrane prawdopodobnie z ruin zamczyska. Otóż i one. Zatrzymano się chwilę przy drzwiach dzwonnicy, następnie obszedłszy kościół dokoła udano się do wnętrza. Już w kruchcie zauważono na ścianie dużą kamienną tablicę erekcyjną z łacińskim napisem i postacią biskupa Zbigniewa Oleśnickiego oraz św. Hieronima. – Kościół w Bodzentynie wystawił w wieku XIII biskup krakowski Bodzanta Jankowski, zakładając tu miasteczko, które też nazwane zostało od jego imienia – zaczął objaśniać Tadeusz. – Chłopi okoliczni wymawiają nie Bodzentyn, ale Bozencin – zauważył Mirski. – Kościółek pierwotny – ciągnął dalej Tadeusz – był prawdopodobnie drewniany, jak i wystawiony później, w 1380 roku przez biskupa Jana Radlickiego kościół parafialny pod wezwaniem Świętego Krzyża, który uległ pożarowi wraz z całym miasteczkiem w roku 1413. Toteż dopiero słynny biskup Zbigniew Oleśnicki stawia tu w 1440 roku obecny wielki gmach, istniejący jako kolegiata pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Skierowano się przed wielki ołtarz. – Ołtarz ten w stylu Odrodzenia, chociaż cały kościół jest gotycki, należy do najpiękniejszych w Polsce. Pochodzi z XV wieku i został wystawiony przez biskupa Gębickiego zapewne w Kielcach, skąd został tutaj przeniesiony dopiero w wieku XVIII. Wielki obraz, który w nim widzimy, jest szkoły włoskiej albo niemieckiej z wieku XVI i przedstawia ukrzyżowanego Chrystusa. Pomnik po prawej stronie ołtarza z czerwonego marmuru wystawiony został ku czci biskupa krakowskiego Franciszka Krasińskiego, zmarłego w roku 1577, znanego przyrodnika, dyplomatę i podkanclerzego koronnego. Obejrzawszy ładne drewniane stalle zatrzymano się przez chwilę przed interesującą z 1480 roku kamienną w stylu gotyckim wykutą chrzcielnicą, u podstawy podzieloną na osiem tarcz, zdobnych w herby: Orzeł, Dębno, Prus, Odrowąż i Poraj. Obejrzano dalej w pobliżu prawego bocznego ołtarza stary, prawdopodobnie z w XVI feretron szkoły flandryjskiej, potem przeszedłszy do lewej nawy zatrzymano się dłużej przy najcenniejszym tutejszym zabytku, wspaniałym z końca XV lub początków XVI w. tryptyku szkoły krakowskiej. – Ten starożytny tryptyk nie ma tu widać dla siebie stosownego miejsca, bo z wilgoci zniszczył się bardzo – zauważył inżynier. Właśnie, proszę państwa, będzie wkrótce odesłany do Warszawy do odnowienia przez specjalistów – wtrącił miejscowy organista, który widząc turystów przyłączył się do nich w roli miejscowego cicerone. – Może państwo zechcą obejrzeć skarbiec? – zaproponował. Z zakrystii, przez drzwi, zdobne w medaliony z masy papierowej, pochodzące z XVIII wieku, dostano się po karkołomnych schodach na pięterko, oświetlone wspólnie z dolną częścią schodów jednym gotyckim oknem. W kurzu i nieładzie poniewierało się tam mnóstwo ksiąg starych, ornatów i różnych pomocy kościelnych, między którymi zwrócił szczególniejszą uwagę kielich z napisem: “Generał Wincenty Krasiński, odwdzięczając się kościołowi w Bodzentynie za kielich Franciszka Krasińskiego, biskupa krakowskiego”.- Wincenty Krasiński to ojciec poety Zygmunta – przypomniała Jadwiga. Obejrzano dalej stary, z roku 1698 mszał z okuciem o herbie Radwan i oznakami biskupów krakowskich, kilka starych ksiąg i parę ładniejszych ornatów, które organista wyciągał i pokazywał z dumą. Z kościoła przez boczną furtkę, prowadzącą niegdyś do plebanii, obecnie nie istniejącej, ruszono na zamek. Już z cmentarzyka przykościelnego było widać poza wysokimi drzewami wyniosłe ruiny w oddali. Za chwilę przez od dawna istniejący tu wyłom w murze, oddzielającym park zamkowy od dawnych zabudowań plebanii, przedostano się na teren parku, za którym było widać już same ruiny. – Jaki wspaniały modrzew! – zawołał Stach, wskazując na istotnie duży okaz tego drzewa, wznoszący się prawie pośrodku parku. Gdy zatrzymano się w pobliżu murów, składających się z trzech oddzielnych kompleksów, niegdyś z pewnością ze sobą połączonych budowlami niższymi, których obecnie nie ma nawet śladu, chyba w fundamentach, Tadeusz zaczął objaśniać: – Zamek ten, a właściwie pałac, bo chyba tylko w swych początkach mógł być on obronnym, w stylu gotyckim w XIV wieku postawił następca Bodzanty, biskup Florian Mokrski, otaczając zarazem miasteczko murami, których ślady w kilku miejscach do dziś pozostały. Zamek ten upiększył i częściowo przebudował w XVI wieku w stylu Odrodzenia biskup Krasiński, którego herb, Ślepowron, dochowany został w futrynach okien. Budowla ta służyła potem przez wieki biskupom krakowskim za miejsce spoczynku, zjazdów, polowań i zabaw. Ostatnim biskupem mieszkającym tutaj był Kajetan Sołtyk, ten, którego potem Moskale wywieźli na zesłanie. Później gmach był kolejno spichlerzem, szpitalem wojskowym, wreszcie ruiną coraz większą, do czego w dużym stopniu przyczyniali się dawniej, a może i dziś jeszcze, sami mieszkańcy osady, zabierając stąd gruzy na budowę swoich domostw. – Piękna jest ta brama ciosowa – odezwał się inżynier. – Ten cios to, zdaje się, czerwony piaskowiec zagnański – objaśnił Tadeusz. – Chodźcie tu, państwo, chodźcie tu – ozwały się głosy Kazika, Stacha i Józka gdzieś z dołu, poniżej drogi wjazdowej. – Są tu wejścia do piwnic zamkowych! – Wystarczy z daleka zobaczyć. Do środka wejść się nie da, ponieważ są zabite deskami, a niektóre nawet zasypane umyślnie – odpowiedział Tadeusz. -Krążą tu wersje, że jedna z piwnic stanowi loch, ciągnący się aż trzy kilometry stąd, do Tarczku. Faktem jest, że całe miasteczko podminowane jest mnóstwem piwnic, i to bardzo głębokich i rozległych. Okazuje się to przy każdej nowej budowie, gdy rozkopują ziemię dla fundamentów. Zwiedziwszy ruiny zamczyska zaczęto z góry zamkowej, u której stóp przepływał nędzny strumyk, rozglądać się po okolicy. Widok, istotnie wspaniały i rozległy, wszystkim się niezmiernie podobał. – Mamy tu kolejno widok na góry: Miejską, Psarską i Bukową. Ta zaś na północy, pokryta lasem, to Góra Sieradowska. Głównego pasma Łysogórskiego stąd nie widać, ale z pięter lub z punktu dalszego Góry Zamkowej da się zobaczyć nawet Święty Krzyż. – A co to za zabudowania i ten sad pod nami za rzeczką? – Dawniej był tu dwór, zwany Podzamczem. Obecnie mieści się tu nadleśnictwo państwowe, przeniesione z Zagnańska. Do nadleśnictwa tego, zwanego świętokrzyskim, należy cały obszar Łysogór. Nasi wycieczkowicze skierowali się z powrotem ku miastu, lecz inną drogą. – Bodzentyn dzisiaj przedstawia się nędznie, szczególnie po pożarze, o którym wspominałem. A musiało to być kiedyś nie ostatnie nawet miasteczko. Już Wojciech Jastrzębiec, biskup krakowski i kanclerz wielki koronny, wyjednał u Jagiełły dla Bodzentyna potwierdzenie prawa magdeburskiego. Kazimierz Jagiellończyk prawo to potwierdził i obdarzył nawet miasto nowymi przywilejami. W roku 1720 biskup Felicjan Szaniawski zakłada pod miastem huty żelazne. Jeszcze później powstały tu fabryki sukna, luster i szkła. – Gdzież się to wszystko podziało? – Bodzentyn odwiedzali niegdyś i nasi królowie, jak na przykład Jagiełło w roku 1410, udając się pod Grunwald, przybył z częścią wojska dla zaopatrzenia się w żywność. Olbrzymie puszcze tutejsze wówczas mogły dostarczyć setek turów, żubrów, łosi, niedźwiedzi i jeleni. W XVI wieku w Bodzentynie zasiadał sąd biskupi nad zwolennikami reformacji, nie znamy jednak wzmianek historycznych, ażeby tu kogo spalono albo łamano kołem. Ale za to tutejszych zbójów “świętokrzyskich” wieszano przykładnie, jak na przykład słynnego herszta bandy, kobietę, niejaką Rusinowską, w początkach XVI wieku. Na środku tego rynku w roku 1670 biskup Andrzej Trzebicki wystawił gotycki ratusz z wysoką wieżą i zegarem. Po powstaniu kazano burmistrzowi gmach ten rozebrać do ostatniej cegiełki. – Ale pewien ślad po tym ratuszu pozostał – odezwał się uśmiechając pan Mirski. – Nie wiem o żadnym śladzie… – To niech mi kto wytłumaczy, dlaczego kolumna świętego Floriana nie stoi na środku rynku, tylko na boku – dodał Mirski. – Możliwe dlatego, że ratusz był pośrodku. Udano się na drugi rynek. Po drodze Tadeusz pokazał szczątki dawnych murów miejskich, w dwóch miejscach jeszcze nieźle zachowane. Skierowano się nieco dalej w stronę dawnego tutejszego kościoła. Zastano tylko gołe mury, otoczone ogródkiem i drutem kolczastym. Zupełna ruina… – zauważył inżynier. – Tak. Kościółek ten, pod wezwaniem świętego Ducha, filialny, zwany też szpitalnym, założony w roku1475 przez biskupa krakowskiego Jana Rzeszowskiego, spalił się w roku 1917 z miastem doszczętnie, tak że nic we wnętrzu nie zostało. Zginął w ten sposób stary obraz, zdobiący wielki ołtarz, kopia obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej z roku 1603, pędzla Franciszka Śladeckiego i stare przepiękne ornaty, zrobione z pasów polskich.